Tantryczny klasztor w TABO

20170829_173829

Najpierw pomyślałam sobie: kolejny buddyjski klasztor do odhaczenia, najstarszy wciąż działający monaster tradycji tybetańsko-himalajskiej w Indiach. Jednak ani w nim nie śpimy (jak w poprzednich w Kee i Dhankar), ani nie porozmawiam raczej z żadnym mnichem, bo na ten czas nikogo zaznajomionego z nauką tybetańską tak nie ma (ponoć). Tabo jest małą wioską, w środku himalajskiej nicości, naszpikowaną ho(s)telami i restauracjami (jedzenie, muszę to przyznać, pycha!), opuszczonymi jaskiniami, w których niegdyś medytowali mnisi i jogini, a teraz co najwyższej krowi opał jest przechowywany w zimie (by nie zawilgotniał). A sam klasztor? Trudno powiedzieć. Z jednej strony widać Nowy Klasztor, połyskujący nowymi rzeźbami, wizerunkami, jakby wczoraj położoną podłogą i świeżymi dywanami do siedzenia (dla mnichów i podróżnych-zwiedzających), nowe przybory do rytuału, miseczki do herbaty trochę niepokoją swoim pochodzeniem (made in China), chiński fajans. Ładny, ale chiński, ironia losu. Wygląda to równie pięknie, to kiczowato. Przed Nowym Klasztorem mali mnisi (a dokładniej, kandydaci na mnichów) zwyczajowo prowadzą dysputę filozoficzną, ożywianą przez ich nauczyciela uderzaniem jednej dłoni o drugą (podobnie jak w świątyni Dalajlamy w Dharamsali, tyle że tam byli to dorośli mnisi… zaduma filozoficzna nigdy chyba końca nie ma). W jednej z wielu restauracji przy kompleksie klasztornym poczytałam gruby folder o Starym Klasztorze, więc mniej więcej wiedziałam, jakiego typu malowideł i rzeźb się spodziewać (Nowy Klasztor nie był objęty opisem). Stary Klasztor nie jest jednak jednym budynkiem, stanowi go kilka pojedynczych pomieszczeń medytacyjnych rozsianych na przestrzeni nie większej niż rynek przeciętego miasta. W dodatku turysta, wchodząc do kompleksu świątynnego, nie do końca wie, gdzie się znajduje – czy jest to klasztor tradycji buddyjskiej, czy raczej jakieś świątynne zabudowania Sumerów lub Persów. Tu i tam nadal budowane z jasnego piaskowca piramidki wprawiają człowieka w nastrój zadziwienia, jakby zagubienia w przestrzeni. Widok jest piękny, ale zaskakujący. Turysta wchodzi więc do pierwszego z dwóch głównych pomieszczeń-budynków Starego Klasztoru. Ciemny korytarz, strop u wejścia niski (trzeba na głowę uważać), uprzednio buty zostawić, z ciemności wyłania się kramik, na którym można kupić pięknie wydane widokówki (wewnątrz pomieszczeń Starego Klasztoru zdjęć nie można robić,  w Nowym Klasztorze można), modlitewne mini zwoje na szczęście, foldery z naukowo opracowanym opisem miejsca (bardzo dobry!). I nagle, jakby z nicości, ukazuje się Ona. Turysta wiedział, co zaraz zobaczy, teoretycznie wiedział. Nie miał jednego pojęcia, co poczuje, jak moc nagle stanie się i jego udziałem. W tym momencie zrozumiałam, co oznacza tybetańska tantra i jak bardzo różni się od mainstreamowego i modnego jej serwowania w kulturze Zachodu.

20170830_131107

Tabo (maps)

Klasztor w Tabo (tyb. Tabo Chos-hkhor) założony został w 996 roku przez wielkiego tybetańskiego tłumacza Rinchen Zangpo w imieniu króla Yeshe-Ö, a następnie – z biegiem czasu – uświetniany artystyczną i zdobniczą pracą (ogromne malowidła, statuy, rzeźby, thanki, manuskrypty i freski). Rinchen Zangpo pod królewskim protektoratem rozpoczął przekład filozoficznych prac buddyzmu z sanskrytu na tybetański.

20170830_155633

Dojazd do Tabo (od strony klasztoru w Dhankarze) wiedzie przez przepiękne widoki…:

20170829_164123

20170829_164306

Ze względu na piękno sztuki naskalnej oraz umieszczonej na wielkich ścianach świątyń rzez niektórych Tabo zwane jest himalajską Adżantą i Ellorą, i coś w tym jest. Podobny klimat, podobna duchowa atmosfera, równie piękna i wypełniona energią sztuką buddyjską (choć Ellora w połowie należy również do hinduizmu i troszkę do dżinizmu).

20170830_130832

Tabo-Ajanta-Ellora

Gonpę (tyb. choskhor) stanowi 9 świątyń, zbudowanych w okresie między X w. a XVII w., oraz 13 czortenów (stup) tu i tam wyznaczających świętą przestrzeń buddów (skr. buddha) i bodhisattwów (skr. bodhisattva). Z okazji tysiąclecia swej działalności w 1996 roku Jego Świątobliwość Dalajlama XIV odprawił ceremonię inicjacji Kalaczakry (skr. kālacakra), a w 2004 odbyła się ceremonia inicjacji Wadżra Dhatu (skr. vajra dhātu). Klasztor w Tabo jest bowiem świątynią ściśle tantryczną – zgodnie z tą praktyką nauki Buddy zwaną Trzecim Poruszeniem Kołem Dharmy, bez inicjacji, abhiszeki (skr. abhiṣeka), nie mam mowy o żadnej praktyce. W Tybecie Trzecie Poruszenie uchodzi za ostateczne i najdoskonalsze, następujące po Poruszenieu Pierwszym – zwanym buddyzmem pierwotnym (pejoratywnie hinajana [skr. hīnayāna] lub neutralnie śrawakajana [skr. śrāvakayāna]),  oraz Drugim Poruszeniu – buddyzmie mahajany (skr. mahāyāna), w którym najważniejsza staje się postawa bodhiczitty (skr. bodhicitta) – bardzo zresztą trudna w praktyce. Wadżra-jana (skr. vajrayāna), tj. diamentowy wóz, nie neguje w żaden sposób poprzednich wozów (jana [skr. yāna]) wiodących do oświecenia – bez praktyk wstępnych pierwszego wozu i bez bodhiczitty drugiego jogin i mnich tybetański nigdy nie zostanie dopuszczony do tantrajany (skr. tantrayāna), zwanej także wadżrajaną.

20170830_131645

Stary Klasztor:

20170829_173901

20170830_160851

I Nowy Klasztor:

20170830_160330

Gwoli ścisłości, wadżrajana jest wliczana w obręb mahajany, która w tradycji tybetańskiej dzieli się na dwie drogi, dwa wozy wiodące ku wyzwoleniu:

Niezrównany Lama Jey Tsonkhapa [Dalajlama XIII] napisał:

“Mahajana posiada dwa pojazdy, by doprowadzić do rzeczywistości buddy: Pradżnia-paramita-jana oraz głęboką Wadżra-jana. Spośród nich, drugi jest szlachetniejszy, niemniej jednak są one niczym księżyc i słońce [dopełniając siebie].”

Wadżrajana powinna być praktykowana w ukryciu i sekrecie, w żadnym razie nie może być ujawniana osobom niedojrzałym duchowo. Z tego powodu zwana jest sekretną ścieżką. (…) Na tej ścieżce adept używa różnych jog związanych z niedualną praktyką i wiedzą, w ten sposób osiąga transcendentalne rezultaty sekretnej mantry. (…) Nie ma żadnej różnicy między egzoteryczną Pradżnia-paramata-janą a Wadżrajaną, jeśli chodzi o cel, jakim jest rzeczywistość buddy, a bodhisattwa musi być jedynym impulsem do praktyki.

– Glenn H. Mullin, The Dalai Lamas on Tantra, 2006: 28-29.

Najpierw adept przygotowywany jest poprzez dyscyplinę i filozofię buddyjską, potem wnika w subtelniejszą przestrzeń nauk i silnie etyczne nastawienie, by w końcu pod okiem mistrza, w samotności, całkowicie poddać się mocy oświecenia. Te cztery są ze sobą ściśle związane, bo moc jogina-tantryka tybetańskiego nie leży w praktyce cielesnej (joga, tybetańska pranajama), mentalnej (mantry, pudże [skr. pūjā], sutry [skr. sūtra]) i rytuałach – bodhiczitta, dhjana (skr. ) i pradżnia (skr. prajñā) jego/jej podwójną mocą i bronią.

Ta czwórka stanowi jedność: wadżrajana (वज्रयान) jako tantrajana (तन्त्रयान) spełniana jest przez tę trójkę:

dhjana (ध्यान) – medytacja, długa, spokojna, powoli wychodząca poza granice ego i identyfikacji z ciałem oraz pracą mentalno-emocjonalną medytacja; wbrew wszelkim pozorom to właśnie ten stan błogości i koncentracji – nie rozbiegana aktywność umysłowa – jest naturalny istocie świadomej

pradżnia (प्रज्ञा) – wrodzona wiedza/mądrość o walorze najwyższym, bo dotycząca oświecenia i stanu buddy, przejawiająca się naturalnie, automatycznie w istocie czującej, która poddaje siebie dyscyplinie i bodhiczitcie… o ile dhjana jest tłem, przestrzenią, to pradżnia jest rodzajem istoty, która się przejawia, ukazuje siebie w takiej czy innej formie

bodhiczitta (बोधिचित्त) – dosłownie przebudzony umysł, lecz w gruncie rzeczy nie chodzi tu o umysł – bodhiczitta jest oświeconą postawą etyczną, którą wyraża aspiracja osiągnięcia oświecenia dla dobra i pożytku wszystkich czujących istot:

Korzyści bodhiczitty są liczne. Sprawia ona, że umysł jest bardzo radosny dzięki wielkiej miłości i współczucie dla istot. To decydujący powód pełnego przebudzenia buddy. (…)

Dwie przeszkody utrudniają nam wymianę siebie na innych. Po pierwsze, myślimy, że jesteśmy inherentnie oddzielni. Faktycznie ja i inni pozostajemy we wzajemnej zależności, podobnie jak jedna strona doliny jest nazywana “tą” stroną tylko dlatego, że istnieje “tamta” strona. (…) Drugą przeszkodą w wymianie siebie na innych jest myślenie, iż usuwanie cierpienia innych nie jest konieczne, bo ono nas nie dotyka. (…)

Śantidewa pyta (BCA 8:115): “Chociaż z przyzwyczajenia pojawia się myśl “ja” skierowana na to bezosobowe ciało; czemu w podobny sposób ta myśl nie pojawi się wobec innej czującej istoty?”

– J.Ś. Dalajlama XIV, Tubten Cziendryn, Buddyzm. Jeden Nauczyciel, wiele tradycji, 2015: 289-296.

Oczywiście tradycja tantry jest niezwykle skomplikowana, oparta na obszernym piśmiennictwie, wielowiekowej tradycji przekazu z ust mistrza do umysłu ucznia, i wymaga obcowania z miejscami przesyconymi mocą ślubowań i medytacji jest adeptów (tantryków-joginów). Ogólnie można podzielić ją na dwie linie przekazu, związane z inherentnie obecnym na łonie buddyzmu tybetańskiego podziałem na Starą Tradycję szkoły Ningma oraz Sarma – nowe tradycje (szkoły: Kagju, Śakja i Gelug). Esencja i cel nauk pozostaje takie same, ale poszczególne praktyki i podział tantr jest inny, także inne teksty tantryczne są wykorzystywane. W szkole Ningma, szkole wielkiej doskonałości (dzogczen), mamy podział na 9 klas pojazdów podzielonych na 3 grupy: 1). pojazdy słuchaczy, samotnie urzeczywistnionych i bodhisattwów, 2). tantry działania (skr. kriyā), wykonania (skr. caryā) oraz jogatantra, 3). i w końcu trzy najsubtelniejsze mahajoga, anujoga i najwyższa atijoga.

Te trzy wewnętrzne pojazdy nazywane są pojazdami zwyciężających środków, ponieważ zawierają metody osiągania najsubtelniejszego poziomu umysłu poprzez rozpuszczanie niesubtelnych poziomów energii, dzięki czemu praktykujący wznosi swój stan mentalny na wyższy poziom poza biegunowość rozróżniania (…).

Jego Świątobliwość Dalajlama, Gesze Thubten Jinpa, Świat buddyzmu tybetańskiego, 2015: 105.

Podobnie jest i w nowej tradycji przekazu, przekładu tekstów, w Sarmie. Tam jednak 3 pierwsze pojazdy nie są obecne i mówi się o czterech klasach tantr: 3 tantry (działania, wykonywania oraz jogatantra) uznawane są za praktyki wstępne do tantry najwyższej, tj. anuttara-joga-tantra, zawierającej w sobie maha-, anu– oraz atijogę szkoły Ningma.

Wystarczy jednak wejść do Sali Zgromadzeń (tyb. ‘Du-khang), by doświadczyć tej mocy, owej “Jej”, o której w pierwszym akapicie napisałam. Sala może nie jest wielka, ale na pewno dość duża, pogrążona w ciemności, która zdaje się kryć w sobie znacznie więcej niż tylko duże statuy strażników i buddów czterech kierunków (Ratnasambhawa, Amitabha, Akszobhja, Amoghasiddhi). Ogromna rzeźba czterogłowego Wairoczany, ucieleśnienia Pustki, jednego z pięciu buddów mądrości (czterej pozostali już zostali wymienieni). Wairoczana stanowi ich esencję. Po lewej stronie, za Wairoczaną, znajduje się ściana ze zwojami-zapisami nauki buddyjskiej, a po prawej przestrzeń Buddy, przebywającego w niebie Tuszita. Zdjęcia wnętrza nie są możliwe, więc jedynie plan:

20170829_180448

A następnie do Złotej Świątyni (Ser Lhakhang), o której ogromnym i powalającym – dosłownie – wizerunku białego czterogłowego Sarwa-widja-Wairoczany naniesionym na całość ściany już coś wspomniałam (tutaj). Jednak ten wizerunek to nie wszystko, na przeciw niego znajduje się równie wspaniałe malowidło przedstawiające niebieskiego Wadżradharę. Między nimi znajduje się równie majestatyczny Budda.

Tabo jako takie:

20170831_103455

20170829_181643

Lecz Tabo nie jest tylko klasztorem… to także i przede wszystkim kompleks jaskiń kutych w skałach. Przez wiele wieków jogini buddyjscy na odosobnieniu medytowali w jaskiniach, napełniając rzeczywistość Tabo mocą i energią oświecenia:

20170830_121546

20170830_123157

20170830_122657

20170830_120544

I na koniec Cztery Wielkie Ślubowania boddhisattwy (istoty wyposażonej w bodhiczittę):

Czujące istoty są niezliczone: ślubuję wszystkie wyzwolić. Skalania [mentalno-emocjonalne] są nieskończone: ślubuję wszystkie wykorzenić. Bramy dharmy [realizacji nauk Buddy] są niezliczone: ślubuję wszystkie przekroczyć. Droga Buddy jest najwyższa: ślubuję ją ukończyć.

– J.Ś. Dalajlama XIV, Tubten Cziendryn, Buddyzm. Jeden Nauczyciel, wiele tradycji, 2015: 303.

20170830_131334

Po Tabo nadszedł czas na Kalpę. Nie obyło się bez niezapowiedzianej zmiany autobusu.

20170831_123058

20170831_122513

20170831_123055

KLASZTOR KI (buddyzm tybetański w Indiach)

20170827_112413

Moc himalajskich przestrzeni

Do buddyjskiego klasztoru w Kee (Ki), utrzymanego w tradycji tybetańskiej, jechać nie planowałyśmy, bo i nawet nie wiedziałyśmy o jego istnieniu, uroku i… jogicznej mocy. Na himalajskich trasach dzieje się jednak tak wiele, że w pewnym momencie człowiek decyduje się zaprzestać planowania i poddaje Górom, ich wszechobecnej woli tym bardziej, że Himalaje same człowiekiem kierują. Można walczyć z obsuwą błota i ziemi (landslide) i kamieni (rockslide), można denerwować się, gdy autobus nagle się psuje i długie godziny trzeba wyczekiwać, aż pojawi się rozwiązanie, można źle znosić kręte niczym wąż trasy nad urwiskiem… Można pozwalać umysłowi generować tysiące myśli, uczuć i niepokojów, snuć scenariusze o fantastycznych historiach, a można po prostu sprowadzić go do jednego punktu koncentracji – utwierdzić w jednym przedmiocie uwagi i utrzymywać ten stan. W Himalajach nie jest to trudne – wystarczy spojrzeć przez okno autobusu czy jeepa (dzielonej z innymi podróżnikami taksówki, tzw. shared taxi), a następnie pozwolić [po/w]chłonąć się temu widokowi, tej wizji… wizji, która wnika na samo dno świadomości, po sam kres poczucia “ja” i transformuje je siłą swego spokoju, majestatu i swoistej nieskończoności.

Chwiejny jest umysł i trudno go okiełznać, ale jednak daje się opanować poprzez abhjasę [wytrwałe ćwiczenie] i wairagję [brak przywiązania do owoców swoich czynów]. Jogi nie zdoła osiągnąć ten, kto nie panuje nad sobą. – Bhagawadgita* VI.35

20170817_133316

Wszechogarniająca wola Himalajów ostatecznie zagnieżdża się i w sercu podróżnika, rezonuje z rytmem uderzeń jego serca i oddechów. W ten sposób człowiek już nie wie, czy to serce jest jeszcze jego, czy już dzielone z Himalajami… Pojawia się naturalna pranajama, nieświadoma, nietechniczna, ale generująca spokój, którego oddech jest spowolniony, negatywne myśli i emocje ustały. Energia nadal jednak pozostaje nazbyt subtelna, by się przejawić w świadomości. Podróżnik czuje, że otacza go Dobro i Piękno, ale jeszcze nie umie podać jego przyczyn. Nie wie, co będzie dalej – czy dojedzie na miejsce w pierwotnie zaplanowanym czasie, czy zaraz nie będzie musiał nagle zmienić planów, czy za chwilę nie pozna nowego podróżnika, z którym na rozmowie spędzi długie godziny. Wie jednak, że cokolwiek się wydarzy, będzie Dobre i Piękne, bo podsycone pięknem Himalajów.

20170817_122021

Buddyjski klasztor w Kee (Ki)

20170827_112537

Godzinę drogi od Kazy autobusem lub jeepem, na wzniesieniu, między szczytami górskimi, zanurzonymi jakby w pustynnym terenie, znajduje się Kee Monastery. Nie jest to miejsce jak każde inne, nie jest to nawet zwyczajny klasztor, chociaż oczywiście nie jest on unikatem. Podróżnik może wynająć tutaj nocleg (300 rupii za łóżko z całodziennym wyżywieniem przygotowywanym przez mnichów, choć oczywiście w kuchni można pomagać, czajem i mlekiem z solą – to jest dopiero dobry napój), pokoje są 4-osobowe, utrzymane w bardzo dobrym stanie czystości (jeśli w danym momencie klasztor nie jest oblężony przez turystów, adeptów jogi i medytacji, czy po prostu podróżników, to w jednym pokoju mogą mieszkać tylko jedna czy dwie osoby). Wewnątrz klasztornego kompleksu obowiązuje całkowity zakaz palenia i spożywania alkoholu. Nie ma tutaj także zasięgu telefonicznego (chyba że ktoś kupił lokalny sim). Zresztą na co komu potrzebny jest zasięg, skoro atmosfera miejsca jest wszystkim, co do życia niezbędne?

20170827_113358

Medytacja w klasztorze czasie porannej modlitwy (pudży)

Co jest jednak specyfiką tego miejsca, tak odmienną od innych klasztorów tybetańskich Himaćal Pradeśu? Nie jest to widok nocnego nieba usianego miliardami gwiazd, które niemożliwością jest policzyć. Nie jest nią przewspaniała i perfekcyjnie wyciszająca umysł atmosfera miejsca, widok gór i życzliwe nastawienie mnichów, tych starszych, jak i dzieci, które dopiero co przywdziały czerwone szaty przyszłego mnicha. Nie jest to nawet śniadanie spożywane razem z mnichami podczas porannej pudży, ceremonii, która ma na celu podtrzymanie mocy buddyzmu… Iście tantryczne zachowanie! Śniadanie jest pyszne i co chwila – w przerwach między recytowanymi przez mnichów modlitwami – pojawia się czaj, gorące mleko z solą, tsampa (mąka jęczmienna), którą miesza się z mlekiem (bardzo to smaczne i sycące), bułka z dżemem; trzeba mieć tylko swoją miseczkę czy kubek i czekać, aż mnich pełniący w danym dniu dyżur “kelnera” podejdzie do nas. Mnisi odpowiedzialny za pudżę siedzą w dwóch równoległych rzędach prostopadle do wejścia, przed nimi na malutkich stolikach stoją rytualne przybory, miseczka na tsampę i czaj/mleko, teksty modlitwy wydane w formie pothi. Inni mnisi siedzą z boku. Podróżnicy i buddyści mają dla siebie wyznaczone miejsca na czerwonych dywanach pod ścianą, skąd wszystko idealnie można obserwować. I to jest właśnie to!

20170827_114321

Mnisi recytują modlitwy, podróżnicy wchodzą i wychodzą, czasem na dłuższą bądź krótszą chwilę przysiadają, piją czaj, pozostają w skupieniu, wychodzą, a ten turysta-jogin siada w stałej (sthira) i wygodnej (sukha) asanie, zamyka oczy i medytuje. Może minąć godzina (pudża zaczyna się o 7:30), może minąć 10 minut, a mogą minąć o 3 godziny – modlitwa-rytuał kończy się po 11:30. Nie ma to żadnej różnicy.

Stan, w którym ucisza się myśl ujarzmiona spełnianiem jogi… w którym poznaje się to, co jest bezgranicznym, dostępnym dzięki przebudzonej inteligencji, wykraczającym poza zmysły szczęściem… niech wie, że jogą zwie się owo z więzów nieszczęścia wyzwolenie. – Bhagawadgita VI.20-23

20170826_172121

* Tłumaczenia Bhagawadgity oparte na tłum. prof. Joanny Sachse, Bhagawadgita, czyli Pieśń Pana, Ossolineum 1988.

Praktyka jogi (abhjasa) i wewnętrzna wolność (wairagja)

20160918_091231

Kilkanaście dni temu miałam ogromną przyjemność uczestniczyć we wspaniałej konferencji filozoficznej w Międzygórzu zorganizowanej przez Mieszka Wandowicza (który na gruncie filozofii ukuł kilkanaście miesięcy temu pojęcie feugologii, co stało się dla niego tyleż wewnętrznym impulsem, co przejawioną w działaniu ochotą stworzenia konferencji pod takim szyldem) i Koło Naukowe Filozofii Religii przy Uniwersytecie Wrocławskim. Ćwiczenia z ucieczki, ćwiczenia z umierania – tak brzmiało motto przewodnie. Dawno nie brałam udziału w tak filozoficznych kolokwiach*, choć oczywiście bez egzaminacyjnego podtekstu, chyba że za sprawdzian potraktować wewnętrzny egzamin własnych umiejętności zw. z rozsądkiem (gr. fronesis**, łac. prudentia). Trzy dni i dwie noce spędzone na dosłownie nieschodzących na inne niż filozoficzne zagwozdki rozmowach. Niektórzy tak lubią… Uśmiech Mnie oczywiście najbardziej interesowała kwestia Indii… i kundalini. Pamiętam, że gdy będąc jeszcze w pięknej Indii, spędziłam dobrą chwilę na opracowaniu tematu mego referatu:  nad brzegiem Gangesu w Haridwarze około 6 rano, zanim jeszcze dzień na dobre powstał, naszedł mnie temat. I pokochałam ten widok:

DSCN1595

Praktyka jogi w drodze ku transcendencji – taki był ten temat. Transcendencję zostawmy jednak na boku, bo miałam tutaj na myśli jedynie koncentrację na Iśwarze, czyli boskim przewodniku obecnym we najskrytszej przestrzeni istoty świadomej – w sercu, i funkcjonującym jako wewnętrzny mistrz/guru, a zarazem personifikowany b/Bóg i pozaosobowy absolut (brahman)… tout court!  Jest to technika niezwykle zaawansowana i niekoniecznie niezbędna w (początkowym) jogicznym zmaganiu się z sobą: umysłem, ciałem i emocjami. Przez niekoniecznie niezbędna mam na myśli to, że Iśwara-pranidhana (tutaj kilka moich o niej słów na joga-abc) jest otoczona dość obszerną dyskusją o tym, czy jest to religijna praktyka, czy niezwykle zintensyfikowane oddanie mistrzowi i jego naukom, w końcu Iśwara może oznaczać mistrz/guru. Praktyka jogi… Nie myślę tutaj o dość rozpowszechnionych: Keep calm & do yoga czy Real men do yoga. A w każdym razie nie do końca… Dr Ganpati podczas rozmowy w National Institute of Yoga (Delhi) poradził mi wręcz w początkowych momentach przekazywania wiedzy o jodze słowem nie wspominać o Iśwarze – potrzeba transcendencji w takiej czy innej postaci pojawi się wraz z praktyką jogi  twierdził.

A praktyka jogi w sanskrycie opatrzona jest bardzo pięknym terminem: abhjasa (अभ्यास) i zawsze idzie w parze z wairagją (वैराग्य), czyli utrzymywaniem umysłu w stanie nie-pragnienia, nie-lgnięcia do rzeczy zewnętrznych – swoistej wolności od impulsów pobudzających świadomość. Rzeczy same w sobie nie są złe, nawet pragnienia same w sobie nie są złe – uzależnienie istoty świadomej od przedmiotu pragnienia jest złe. Złe oznacza jedynie tyle, że przeszkadza w szczęściu i osiągnięciu radości i niezależności. Bhagawadgita w tak wspaniałych i boskich (ustami personifikowanego w postaci Kriszny absolutu-brahmana) słowach mówi:

Chwiejny jest umysł, o Waleczny

i niewątpliwie trudno go poskromić.

Ale jednak daje się poskromić (…)

dzięki ćwiczeniu [abhjasie]

i dzięki oderwaniu (od spraw tego świata) [wairagji].  (BhG VI.35)

W ciszę [oświecenie i wyzwolenie] zagłębia się ten tylko,

kto porzuciwszy wszelkie pragnienia,

idzie przez życie

wolny od pożądania, egoizmu i pychy. (BhG II.71)

Jogasutry I.12 jedynie w ściślejszą szatę techniczną ubierają tę naukę: poprzez abhjasę i wairagję następuje powściągnięcie/zatrzymanie/poskromienie (nirodha) aktywności mentalnej, wskutek czego jogin osadza i następnie rozpuszcza swoją świadomość/tożsamość w przestrzeni szczęśliwości i prawdy (Jogasutry I.3)… A sam termin abhjasa utworzony jest na formie czasownikowej ās (आस्) – siedzieć… Siedzieć długo i wytrwale w danej pozycji, i to nie tylko siedzieć fizycznie, lecz także mentalnie – siedzieć w spokoju, wewnętrznej ciszy i refleksji, w powolnym zanurzaniu siebie w przestrzeni błogości i spełnienia.

20160918_101056

I tyle tytułem zachęty do codziennej i regularnej praktyki, abhjasy:  medytacji, jogi w salach ćwiczeń asan, pranajamy (jogicznego oddechu) i studiów nad własnym umysłem i jego aktywnością w postaci różnych mniej lub bardziej przyjemnych scenariuszy i dialogów wewnętrznych. Wairagja, nie-pragnienie lub nie-lgnięcie, jest także praktyką, która przychodzi i udoskonala się wraz z czasem, a jej rezultat okazuje się być bardzo przyjemny i obdarowujący istotę świadomą niezwykle ogromnym pokładem wolności.

 

*Kolokwium (łac. colloquium – rozmowa):  z def. ustny sprawdzian/egzamin wiedzy i umiejętności ucznia.

**Fronesis: termin oznaczający cnotę roztropności, zdolność praktycznego poznania lub rozumowania, umiejętność wglądu w naturę rzeczy, rozumienie, mądrość (zarówno praktyczną, jak i teoretyczną), wiedzę, całość czystej (teoretycznej) filozofii (cyt. za hasłem fronesis w PEF tutaj).

Lewitacja i inne nadnaturalne moce w jodze (proste ćwiczenie)

DSCN1615

Pewnego dnia nadszedł ten moment, że przestałam pytać o zwykłe zagadnienia jogiczne (wyzwolenie, ścieżka, esencja jogi, Iśwara itp.), a postanowiłam dowiedzieć się o jogiczne nadnaturalne zdolności, siddhi, o których w literaturze tematu pisze się wiele. Nawet klasyczny wykład jogi w Jogasutrach Patańdżalego poświęca siddhi niemałą partię swojego wykładu zasad jogi królewskiej (radża jogi), wspominając o lewitacji, jasnowidzeniu, zdolności do przybrania niezwykle małych rozmiarów, do przybrania rozmiarów wielkości kosmosu, do zamiany swego ciała w światło, do materializacji (tworzenia) różnych przedmiotów mocą swej woli, a w końcu do pokonania śmierci…

Bardzo dobry film Yogis of Tibet (tutaj) o ginącej tradycji jogicznej w Tybecie, tak oto definiuje jogina: jogin jest osobą, która latami przebywa w odosobnionym miejscu, by tam praktykować transformujące cielesno-mentalne ćwiczenia, i poprzez te techniki rozwija nadnaturalną kontrolę nad ciałem i umysłem. Tak, to jeden z wymiarów jogina, jeszcze ten związany z materialnością. Nadchodzi moment, że i ponad ten poziom jogin musi się wznieść.

Podobnie w książce Elżbiety Sęczykowskiej Tybet. W drodze do Kumbum pojawiają się treści:

Wszystkie kolejne etapy nabywania umiejętności i wtajemniczenia polegają na koncentracji myśli i odpowiednich ćwiczeniach oddechowych. Dzięki ich opanowaniu można dokonywać doprawdy niezwykłych rzeczy. Znane są opisy tak zwanych biegaczy, mistrzów nadzwyczaj szybkiego poruszania się, pokonujących ogromne odległości jakby w transie, w dziwnym uniesieniu, na skrzydłach lekkości. I mimo włożonego wysiłku nie odczuwają zmęczenia. Biegną bez zatrzymania się, odpoczynku, bez jedzenia, nawet przez kilka dni i nocy. Są nimi zazwyczaj specjalnie wyćwiczeni lamowie, którzy podczas takiego nieprawdopodobnego wysiłku medytują. Bo właśnie medytacja jest kluczem do wejścia w świat wiedzy tajemnej. (…)

Inną umiejętnością, która zdobyła sobie wielką popularność w Tybecie, są ćwiczenia oddechowe, które doprowadzają lamów do unoszenia się w powietrzu w pozycji lotosu. Aby to było możliwe, mnisi musieli całymi miesiącami, nawet latami, ćwiczyć wytrwałość w nauce sposobu oddychania (…).

Oprócz biegaczy (…) istnieją inne, niemniej cenne w życiu codziennym tajemne umiejętności, takie jak na przykład pogłębione zjawisko telepatii. (…) Aby jednak osiągnąć taki efekt, należy całkowicie oczyścić umysł, tak by zapanowała w nim jedynie spokój i cisza.

Razu pewnego na satsangu zapytałam więc swamiego Nirardżan Dewa, nie do końca zresztą będąc pewna powagi postawionego przeze mnie pytania – jak to jest z tymi siddhi? Odpowiedź padła, że są. Dość zwięzła. Kontynuowałam zatem – jak można osiągnąć np. moc lewitacji? Właśnie praktykowaliśmy pewne ćwiczenie z tantry, a pamięć czytanych tekstów tradycji hatha-jogi (i upaniszad jogicznych) podpowiadała mi, że ma ono coś wspólnego z ćwiczeniem lewitacji.

DSCN1619

Swami odparł:

Tak. Siedź w asanie(1), w której siedzisz, zatkaj lewą piętą dwa otwory (rozrodczy i wydalniczy), prawą stopę połóż przy wgłębieniu lewej. Trzymaj kręgosłup bardzo wyprostowany. I praktykuj pranajamę(2) na przemian z medytacją(3) przez minimum półtora godziny. W trakcie coraz bardziej wydłużaj kręgosłup(4). A jeśli chcesz pobudzić energię pierwotną, to musisz co innego robić. I pamiętaj: praktykuj praktykuj praktykuj! Codziennie i wytrwale!

1. Asana: jest to jedna z odmian siddhasany, w której pięta lewej stopy u kobiet zamyka zarazem otwór rozrodczy i wydalniczy, u mężczyzn wydalniczy (tutaj wideo, zwłaszcza 2:39 – 3:04) – chodzi o to, by zamknąć przepływ prany przy muladharze, czyli czakrze podstawy.

2. Pranajama (kilka informacji tutaj i tutaj): u nas była to sekwencja: kapalabhati 100 razy – nadi śodhana 25 razy – kapalabhati 100 razy – nadi śodhana 25 razy (kapalabhati opisana tutaj, a nadi śodhana tutaj), potem zastąpiłam na: bhastrika 30 razy – udżdżaji 10 minut – bhastrika 30 razy – udżdżaji 10 minut (bhastrika tutaj, udżdżaji tutaj), i:

3. Medytacja trwająca około 30 minut, potem ponowne powtórzenie pranajamy.

4. W trakcie trwania medytacji, gdy kręgosłup trzymany jest w bardzo prostej pozycji, a oddech przepływa świadomie dochodzi do samoczynnego delikatnego wydłużenie kręgosłupa… pojawia się uczucie lekkości, ponoć nie jedynie na planie mentalnym (nie jest ono tylko wyobrażeniem).

W doborze pranajamy chodzi o dobranie sobie właściwej. Tenzin Wangjal Rinpocze w Przebudzaniu świętego ciała – tybetańska joga oddechu i ruchu pisze, że należy słuchać własnego ciała, zwłaszcza kiedy któraś z technik bardzo nam nie odpowiada. Ciało samo wie, czego w danej chwili mu potrzeba, zwłaszcza przy praktyce jogicznego oddechu wsłuchanie się w mądrość ciała jest niezwykle ważna.

DSCN1756

Praktykuj, praktykuj, praktykuj! Codziennie i wytrwale. A wtedy nie jedynie siddhi zaczną się ujawniać! Zresztą prawdziwy jogin nie ujawnia swoich nadnaturalnych zdolności… A w siddhi w gruncie rzeczy nie ma nic niezwykłego, ciało przecież nie jest niczym stałym, to złączenie pięciu elementów (przestrzeń, powietrze, ogień, woda i ziemia), ożywianych przez energię oddechu (pranę). Cóż więc za problem przemieć te pięć grubo-materialnych elementów w ich subtelne (sukszma) postaci, z których się pochodzą? – tak oto swami podsumował lewitację. Pranajama i medytacja są doskonałymi narzędziami wysubtelniania, a klucz stanowi nieprzerwana praktyka (abhjasa).

Ponad 100 sposobów koncentracji z nauk tantry i… indyjski czaj

DSCN2321

Istnieją różne sposoby na koncentrację, mniej lub bardziej zgodne z naukami jogi. Niektóre opierają się na praktyce medytacji, inne na bardziej codziennych sposobach radzenia sobie z mentalnym rozproszeniem, np. arabica czy robusta, yerba mate, zielona herbata (japońska, koreańska, chińska, indyjska, nepalska, Tuaregów itp.). Istnieje także indyjski czaj, czyli słodka herbata z przyprawami z dodatkiem mleka (nie ma co szczędzić procentów), mleko oczywiście może być roślinne (kokosowe, migdałowe itp.). Jeden jogin ze smakiem będzie kosztował czaj, czasem usuwając z niego mleko i przyprawy, inny – bardziej ortodoksyjny – odrzuci, ewentualnie pozostając przy gotowanej herbacie z cukrem i tulsi… A przyprawy wchodzące w skład czaju to:

20160828_154858

Czyli: kardamon, imbir, goździki, anyż, cynamon, gwiazdki anyżu, liście bazylii (jak się domyślam – tulsi [łac. ocimum tenuiflorum]) oraz cukier (lub miód, jeśli nie jest dodawany do wysokiej temperatury herbaty). Można dodać także pieprz, ale musi być to specjalny, niezwykle aromatyczny pieprz z południowoindyjskiej Kerali, np. karimunda lub thevan. A czaj robi się w taki oto sposób:

  • w garnku gotujemy czarną herbatę, najlepiej Assam (jest dość silna), ale Darjeeling też jest wyśmienity (lecz wtenczas otrzymujemy inny napar, delikatniejszy)
  • wrzucamy pokrojony imbir i cukier, gotujemy kilka minut
  • następnie dolewamy mleko
  • na koniec dosypujemy sproszkowane przyprawy (kupne), a jeśli przyprawy ścieramy w moździerzu, to wrzucamy je razem z imbirem do gotującej się wody
  • dobrze jest pogotować wszystko około 10 minut – ja wyznaję zasadę, że im dłużej, tym lepiej, choć oczywiście nie za długo, buddyjska i arystotelesowa droga środka i w kuchni jest wskazana
  • następnie przecedzamy i rozlewamy w mniejsze filiżanki, np. takie do (czasem miętowej) herbaty z Sahary (herbata Tuaregów, czyli attaï n Touareg)

esprit nomade

Przed zasmakowaniem dobrze jest powąchać tak przygotowaną miksturę… Jej zapach jest bowiem niezwykle aromatyczny.

czaj

Jak niedawno byłam uczona w Badrinath: najpierw spoglądamy na czaj, jego kolor i konsystencję, następnie wąchamy, czy aromat przypraw i herbaty właściwie się uwolnił, następnie w ustach smakujemy, czy czegoś nie brakuje, by w końcu powoli pić… W towarzystwie oczywiście najlepiej! Epiktet przypomina jednak, że człowiek nawet w pustym pokoju nigdy sam nie jest… (Diatryby)!

Istnieją jednak także mniej zewnętrzne sposoby wprowadzania umysłu (w jodze zwanego manasem) w stan koncentracji, czyli dharany (धरण). Tantra zwana Widżniana-Bhairawa (विज्ञानभैरवतन्त्र) podaje ich… ponad 100: począwszy od naturalnych, jak koncentracja na płomieniu świecy czy wizualizacja pustki we wnętrzu własnego ciała, po coraz bardziej wyszukane wewnętrzne wizualizacje, aż po sposoby wymagające inicjacji w daną tradycję tantryczną oraz pomocy guru. Zasiadłszy zatem w przyjemnej i stałej pozycji, skupiwszy się na oddechu, gdy myśli przestaną być już tak natarczywe, a w każdym razie uwaga nie podąża za nimi już tak kurczowo, można koncentrować uwagę na:

  • zewnętrznych elementach otoczenia lub na wybranej części własnego ciała
  • wybranym obiekcie świadomości, który jest wewnętrznie wizualizowany lub myślany (bez wizualizacji)
  • dwunastu zmysłach (tutaj trzeba by wejść w dość złożoną psychologię jogi, bo bynajmniej nie chodzi tutaj o 5 zmysłów i jakieś domniemany zdolności nadnaturalne), pierwszych 10 zmysłów można pominąć, wystarczy wspomnieć o dwóch: umyśle (manasie) i poczuciu indywidualnego ja (ahankarze), które można obejmować koncentracją uwagi
  • kosmicznej anihilacji wszechświata, czy też – jednostkowej znikomości
  • wizualizacji pustki wszystkiego, włącznie z własnym ciałem i umysłem (nie chodzi tutaj o to, jakoby joga zakładała pustkę rzeczywistości! – wizualizacja pustki to jedynie technika, nie aksjomat!) – w ten sposób umysł (gonitwa myśli) się rozpuszcza
  • utkwieniu wzroku na opustoszałej przestrzeni, np. góry, skały czy rzeki
  • utkwieniu wzroku na niebie
  • zatopieniu uwagi w ciemności nocy
  • rozmyślaniu nad wszechświatem jako postacią świadomości
  • szczęściu i błogości, które pojawiają się w trakcie medytacji

Oraz bardziej zaawansowane dharany na:

  • zjednoczeniu się dwóch głównych oddechów ciele: apany i prany, w ten sposób jogin doznaje uspokojenia, ujednolicenia (samatwy) świadomości (widżniany)
  • błogim stanie przejściowym między jawą a wejściem w stan snu, gdy świat zewnętrzny i aktywność umysłu blednie (pranaszte)
  • świetle (tedżasie) słońca czy świeczki/lampki, przenosząc następnie tę jasność w swoje wnętrze
  • ciemniej stronie boskości, na tytułowym Bhairawie (przydomek Śiwy, gdy przybiera on niszczycielską formę)…

DSCN1762 (2)

Amrita, czyli nieśmiertelność

linga

Może nie jest to temat ściśle jogiczny, a może właśnie dokładnie takim jest! Niedawno czytając świetne opracowanie profesora Patricka Olivelle’a pt. The Āśrama System. The History and Hermeneutics of a Religious Institution dotyczące czterech stadiów (aśramów) życia ortodoksyjnego hindusa, trafiłam na wyjaśnienie, dlaczego bogowie (dewowie) są bogami, a asurowie (istoty, powiedzmy, demoniczne) asurami. Mitologia indyjska nie wyznaje podziału świata na pierwiastek absolutnego dobra oraz pierwiastek absolutnego zła, nie ma tutaj także pojęcia grzechu, winy i pokuty (karman nie jest karą). Dewowie mogą zachowywać się niegodnie, a pośród asurów jest kilka dobrych istot. O co więc chodzi? Oczywiście o amritę!

Hindusi

Teatr indyjskiego świata jest bowiem bezustannym pasowaniem się sił porządku i świętości (dharmy) z siłami nieporządku i niesprawiedliwości (adharmy), a trofeum jest zdobycie amrity, nektaru nieśmiertelności. W tym nieprzerwanym sporze amrita błyszczy swoją czystością, już już prawie trafiając w asurowe ręce, lecz w krucjalnym momencie wracając do bogów. Zarówno bogowie, jak i asurowie, zostali stworzeni przez Pradżapatiego (Pana Stworzeń) w pierwotnym rytuale ofiarnym, jadżni. Lecz to bogowie jako pierwsi zdobyli świętą wiedzę (wedę) na temat właściwego sposobu odprawiania ofiary wedyjskiej, a przez to osiągnęli niebiosa i nieśmiertelność, a dokładniej – samą jej istotę, amritę. A gdyby tak te dwie siły przenieść do wnętrza istoty świadomej i umieścić je w samym sercu człowieka idealnego, czego by o nim nie mówić, to określanego w filozoficznej literaturze Indii joginem?

Varanasi5

Poruszenia mentalne (writti) są bowiem dwojakie: czyste i nieczyste, to znaczy – wiążące w świecie przemijalnym i uwalniającego istotę świadomą od łańcucha kołowrotu wcieleń… A nagrodą sama nieśmiertelność, chociaż oczywiście nie ta cielesna! To moksza, czyli wyzwolenie.

Umysł w stanie wedyjskiego Śiwy…

dmuchawiec

Joga pojawiła się w Indiach jakby nagle, ok. VII wieku przed naszą erą. W każdym razie pierwsze pisane świadectwa w eksplicytny sposób wzmiankujące o tej przedziwnej praktyce ascetyczno-medytacyjnej jako drodze do absolutnego wyzwolenia (a nie jedynie ku boskim niebiosom) mniej więcej w tym okresie zaczynają się ujawniać. Upaniszady wtenczas powstające jako specjalistyczne nauki o świecie, istocie człowieka, wyzwoleniu i jodze, przekazywane z ust zrealizowanego jogina-mistrza ku swoim uczniom, stały się podstawą indyjskich poszukiwań jogicznego spełnienia, samadhi, czyli urzeczywistnienia natury człowieka, istniejącej poza czasem i przestrzenią, poza cierpieniem i śmiercią, a nawet poza ciałem (słynne jogiczne siddhi, czyli moce magiczne). Lecz Upaniszady to nie wszystko, jeśli chodzi o starożytne źródła jogi…

Przed nimi pojawiła się w Indiach przewspaniała nauka ofiarna, religijna, oczyszczająca, warunek sine qua non indyjskiej mentalności i tożsamości. Cztery Wedy, czyli objawiona świętym mędrcom znajdującym się w stanie medytacyjnego wchłonięcia Wiedza Najwyższa, nie wspomina o jodze, nie wymienia imienia Wielkiego Mistrza-Guru, Śiwy. Owszem, pojawia się tam bóstwo, bardzo ważne, ale jednak nie pierwszoplanowe, zwane imieniem Rudry, które potem stanie się Śiwą, pojawia się nauka o ludzie magicznych ascetów wratjów, żyjących na obrzeżach wedyjskiej społeczności, praktykujących tajemne techniki oddychania, mających swoje własne rytuały, pojawia się nauka o pewnych ascetach niczym w transie pogrążonych, o rozwianych włosach, których rumakiem jest wiatr… Lecz jogi nie ma.

Jednak pewien ślad, pewna piękna i niezwykle dobroczynnie wpływająca na uspokojenie umysłu formuła pojawia się w Białej Jadżurwedzie, czyli Wiedzy o jadżus – świętych formułach liturgii wedyjskiej. A ów przepiękny fragment brzmi:

Vajasaneyi Yajurveda 34.6

Niech mój umysł będzie w stanie spokojnej, łagodnej i dobroczynnej (tak bowiem rozbudowane jest znaczenie przymiotnika “śiwa”) sankalpy (myśli, intencji, woli, chęci, koncepcji, fantazji, emocji…).

tan-me manah śiwa-sankalpam-astu!

Czy nie jest to piękna intencja, którą można podtrzymywać bezustannie w umyśle, a rozwijać w medytacji?