Tantryczny klasztor w TABO

20170829_173829

Najpierw pomyślałam sobie: kolejny buddyjski klasztor do odhaczenia, najstarszy wciąż działający monaster tradycji tybetańsko-himalajskiej w Indiach. Jednak ani w nim nie śpimy (jak w poprzednich w Kee i Dhankar), ani nie porozmawiam raczej z żadnym mnichem, bo na ten czas nikogo zaznajomionego z nauką tybetańską tak nie ma (ponoć). Tabo jest małą wioską, w środku himalajskiej nicości, naszpikowaną ho(s)telami i restauracjami (jedzenie, muszę to przyznać, pycha!), opuszczonymi jaskiniami, w których niegdyś medytowali mnisi i jogini, a teraz co najwyższej krowi opał jest przechowywany w zimie (by nie zawilgotniał). A sam klasztor? Trudno powiedzieć. Z jednej strony widać Nowy Klasztor, połyskujący nowymi rzeźbami, wizerunkami, jakby wczoraj położoną podłogą i świeżymi dywanami do siedzenia (dla mnichów i podróżnych-zwiedzających), nowe przybory do rytuału, miseczki do herbaty trochę niepokoją swoim pochodzeniem (made in China), chiński fajans. Ładny, ale chiński, ironia losu. Wygląda to równie pięknie, to kiczowato. Przed Nowym Klasztorem mali mnisi (a dokładniej, kandydaci na mnichów) zwyczajowo prowadzą dysputę filozoficzną, ożywianą przez ich nauczyciela uderzaniem jednej dłoni o drugą (podobnie jak w świątyni Dalajlamy w Dharamsali, tyle że tam byli to dorośli mnisi… zaduma filozoficzna nigdy chyba końca nie ma). W jednej z wielu restauracji przy kompleksie klasztornym poczytałam gruby folder o Starym Klasztorze, więc mniej więcej wiedziałam, jakiego typu malowideł i rzeźb się spodziewać (Nowy Klasztor nie był objęty opisem). Stary Klasztor nie jest jednak jednym budynkiem, stanowi go kilka pojedynczych pomieszczeń medytacyjnych rozsianych na przestrzeni nie większej niż rynek przeciętego miasta. W dodatku turysta, wchodząc do kompleksu świątynnego, nie do końca wie, gdzie się znajduje – czy jest to klasztor tradycji buddyjskiej, czy raczej jakieś świątynne zabudowania Sumerów lub Persów. Tu i tam nadal budowane z jasnego piaskowca piramidki wprawiają człowieka w nastrój zadziwienia, jakby zagubienia w przestrzeni. Widok jest piękny, ale zaskakujący. Turysta wchodzi więc do pierwszego z dwóch głównych pomieszczeń-budynków Starego Klasztoru. Ciemny korytarz, strop u wejścia niski (trzeba na głowę uważać), uprzednio buty zostawić, z ciemności wyłania się kramik, na którym można kupić pięknie wydane widokówki (wewnątrz pomieszczeń Starego Klasztoru zdjęć nie można robić,  w Nowym Klasztorze można), modlitewne mini zwoje na szczęście, foldery z naukowo opracowanym opisem miejsca (bardzo dobry!). I nagle, jakby z nicości, ukazuje się Ona. Turysta wiedział, co zaraz zobaczy, teoretycznie wiedział. Nie miał jednego pojęcia, co poczuje, jak moc nagle stanie się i jego udziałem. W tym momencie zrozumiałam, co oznacza tybetańska tantra i jak bardzo różni się od mainstreamowego i modnego jej serwowania w kulturze Zachodu.

20170830_131107

Tabo (maps)

Klasztor w Tabo (tyb. Tabo Chos-hkhor) założony został w 996 roku przez wielkiego tybetańskiego tłumacza Rinchen Zangpo w imieniu króla Yeshe-Ö, a następnie – z biegiem czasu – uświetniany artystyczną i zdobniczą pracą (ogromne malowidła, statuy, rzeźby, thanki, manuskrypty i freski). Rinchen Zangpo pod królewskim protektoratem rozpoczął przekład filozoficznych prac buddyzmu z sanskrytu na tybetański.

20170830_155633

Dojazd do Tabo (od strony klasztoru w Dhankarze) wiedzie przez przepiękne widoki…:

20170829_164123

20170829_164306

Ze względu na piękno sztuki naskalnej oraz umieszczonej na wielkich ścianach świątyń rzez niektórych Tabo zwane jest himalajską Adżantą i Ellorą, i coś w tym jest. Podobny klimat, podobna duchowa atmosfera, równie piękna i wypełniona energią sztuką buddyjską (choć Ellora w połowie należy również do hinduizmu i troszkę do dżinizmu).

20170830_130832

Tabo-Ajanta-Ellora

Gonpę (tyb. choskhor) stanowi 9 świątyń, zbudowanych w okresie między X w. a XVII w., oraz 13 czortenów (stup) tu i tam wyznaczających świętą przestrzeń buddów (skr. buddha) i bodhisattwów (skr. bodhisattva). Z okazji tysiąclecia swej działalności w 1996 roku Jego Świątobliwość Dalajlama XIV odprawił ceremonię inicjacji Kalaczakry (skr. kālacakra), a w 2004 odbyła się ceremonia inicjacji Wadżra Dhatu (skr. vajra dhātu). Klasztor w Tabo jest bowiem świątynią ściśle tantryczną – zgodnie z tą praktyką nauki Buddy zwaną Trzecim Poruszeniem Kołem Dharmy, bez inicjacji, abhiszeki (skr. abhiṣeka), nie mam mowy o żadnej praktyce. W Tybecie Trzecie Poruszenie uchodzi za ostateczne i najdoskonalsze, następujące po Poruszenieu Pierwszym – zwanym buddyzmem pierwotnym (pejoratywnie hinajana [skr. hīnayāna] lub neutralnie śrawakajana [skr. śrāvakayāna]),  oraz Drugim Poruszeniu – buddyzmie mahajany (skr. mahāyāna), w którym najważniejsza staje się postawa bodhiczitty (skr. bodhicitta) – bardzo zresztą trudna w praktyce. Wadżra-jana (skr. vajrayāna), tj. diamentowy wóz, nie neguje w żaden sposób poprzednich wozów (jana [skr. yāna]) wiodących do oświecenia – bez praktyk wstępnych pierwszego wozu i bez bodhiczitty drugiego jogin i mnich tybetański nigdy nie zostanie dopuszczony do tantrajany (skr. tantrayāna), zwanej także wadżrajaną.

20170830_131645

Stary Klasztor:

20170829_173901

20170830_160851

I Nowy Klasztor:

20170830_160330

Gwoli ścisłości, wadżrajana jest wliczana w obręb mahajany, która w tradycji tybetańskiej dzieli się na dwie drogi, dwa wozy wiodące ku wyzwoleniu:

Niezrównany Lama Jey Tsonkhapa [Dalajlama XIII] napisał:

“Mahajana posiada dwa pojazdy, by doprowadzić do rzeczywistości buddy: Pradżnia-paramita-jana oraz głęboką Wadżra-jana. Spośród nich, drugi jest szlachetniejszy, niemniej jednak są one niczym księżyc i słońce [dopełniając siebie].”

Wadżrajana powinna być praktykowana w ukryciu i sekrecie, w żadnym razie nie może być ujawniana osobom niedojrzałym duchowo. Z tego powodu zwana jest sekretną ścieżką. (…) Na tej ścieżce adept używa różnych jog związanych z niedualną praktyką i wiedzą, w ten sposób osiąga transcendentalne rezultaty sekretnej mantry. (…) Nie ma żadnej różnicy między egzoteryczną Pradżnia-paramata-janą a Wadżrajaną, jeśli chodzi o cel, jakim jest rzeczywistość buddy, a bodhisattwa musi być jedynym impulsem do praktyki.

– Glenn H. Mullin, The Dalai Lamas on Tantra, 2006: 28-29.

Najpierw adept przygotowywany jest poprzez dyscyplinę i filozofię buddyjską, potem wnika w subtelniejszą przestrzeń nauk i silnie etyczne nastawienie, by w końcu pod okiem mistrza, w samotności, całkowicie poddać się mocy oświecenia. Te cztery są ze sobą ściśle związane, bo moc jogina-tantryka tybetańskiego nie leży w praktyce cielesnej (joga, tybetańska pranajama), mentalnej (mantry, pudże [skr. pūjā], sutry [skr. sūtra]) i rytuałach – bodhiczitta, dhjana (skr. ) i pradżnia (skr. prajñā) jego/jej podwójną mocą i bronią.

Ta czwórka stanowi jedność: wadżrajana (वज्रयान) jako tantrajana (तन्त्रयान) spełniana jest przez tę trójkę:

dhjana (ध्यान) – medytacja, długa, spokojna, powoli wychodząca poza granice ego i identyfikacji z ciałem oraz pracą mentalno-emocjonalną medytacja; wbrew wszelkim pozorom to właśnie ten stan błogości i koncentracji – nie rozbiegana aktywność umysłowa – jest naturalny istocie świadomej

pradżnia (प्रज्ञा) – wrodzona wiedza/mądrość o walorze najwyższym, bo dotycząca oświecenia i stanu buddy, przejawiająca się naturalnie, automatycznie w istocie czującej, która poddaje siebie dyscyplinie i bodhiczitcie… o ile dhjana jest tłem, przestrzenią, to pradżnia jest rodzajem istoty, która się przejawia, ukazuje siebie w takiej czy innej formie

bodhiczitta (बोधिचित्त) – dosłownie przebudzony umysł, lecz w gruncie rzeczy nie chodzi tu o umysł – bodhiczitta jest oświeconą postawą etyczną, którą wyraża aspiracja osiągnięcia oświecenia dla dobra i pożytku wszystkich czujących istot:

Korzyści bodhiczitty są liczne. Sprawia ona, że umysł jest bardzo radosny dzięki wielkiej miłości i współczucie dla istot. To decydujący powód pełnego przebudzenia buddy. (…)

Dwie przeszkody utrudniają nam wymianę siebie na innych. Po pierwsze, myślimy, że jesteśmy inherentnie oddzielni. Faktycznie ja i inni pozostajemy we wzajemnej zależności, podobnie jak jedna strona doliny jest nazywana “tą” stroną tylko dlatego, że istnieje “tamta” strona. (…) Drugą przeszkodą w wymianie siebie na innych jest myślenie, iż usuwanie cierpienia innych nie jest konieczne, bo ono nas nie dotyka. (…)

Śantidewa pyta (BCA 8:115): “Chociaż z przyzwyczajenia pojawia się myśl “ja” skierowana na to bezosobowe ciało; czemu w podobny sposób ta myśl nie pojawi się wobec innej czującej istoty?”

– J.Ś. Dalajlama XIV, Tubten Cziendryn, Buddyzm. Jeden Nauczyciel, wiele tradycji, 2015: 289-296.

Oczywiście tradycja tantry jest niezwykle skomplikowana, oparta na obszernym piśmiennictwie, wielowiekowej tradycji przekazu z ust mistrza do umysłu ucznia, i wymaga obcowania z miejscami przesyconymi mocą ślubowań i medytacji jest adeptów (tantryków-joginów). Ogólnie można podzielić ją na dwie linie przekazu, związane z inherentnie obecnym na łonie buddyzmu tybetańskiego podziałem na Starą Tradycję szkoły Ningma oraz Sarma – nowe tradycje (szkoły: Kagju, Śakja i Gelug). Esencja i cel nauk pozostaje takie same, ale poszczególne praktyki i podział tantr jest inny, także inne teksty tantryczne są wykorzystywane. W szkole Ningma, szkole wielkiej doskonałości (dzogczen), mamy podział na 9 klas pojazdów podzielonych na 3 grupy: 1). pojazdy słuchaczy, samotnie urzeczywistnionych i bodhisattwów, 2). tantry działania (skr. kriyā), wykonania (skr. caryā) oraz jogatantra, 3). i w końcu trzy najsubtelniejsze mahajoga, anujoga i najwyższa atijoga.

Te trzy wewnętrzne pojazdy nazywane są pojazdami zwyciężających środków, ponieważ zawierają metody osiągania najsubtelniejszego poziomu umysłu poprzez rozpuszczanie niesubtelnych poziomów energii, dzięki czemu praktykujący wznosi swój stan mentalny na wyższy poziom poza biegunowość rozróżniania (…).

Jego Świątobliwość Dalajlama, Gesze Thubten Jinpa, Świat buddyzmu tybetańskiego, 2015: 105.

Podobnie jest i w nowej tradycji przekazu, przekładu tekstów, w Sarmie. Tam jednak 3 pierwsze pojazdy nie są obecne i mówi się o czterech klasach tantr: 3 tantry (działania, wykonywania oraz jogatantra) uznawane są za praktyki wstępne do tantry najwyższej, tj. anuttara-joga-tantra, zawierającej w sobie maha-, anu– oraz atijogę szkoły Ningma.

Wystarczy jednak wejść do Sali Zgromadzeń (tyb. ‘Du-khang), by doświadczyć tej mocy, owej “Jej”, o której w pierwszym akapicie napisałam. Sala może nie jest wielka, ale na pewno dość duża, pogrążona w ciemności, która zdaje się kryć w sobie znacznie więcej niż tylko duże statuy strażników i buddów czterech kierunków (Ratnasambhawa, Amitabha, Akszobhja, Amoghasiddhi). Ogromna rzeźba czterogłowego Wairoczany, ucieleśnienia Pustki, jednego z pięciu buddów mądrości (czterej pozostali już zostali wymienieni). Wairoczana stanowi ich esencję. Po lewej stronie, za Wairoczaną, znajduje się ściana ze zwojami-zapisami nauki buddyjskiej, a po prawej przestrzeń Buddy, przebywającego w niebie Tuszita. Zdjęcia wnętrza nie są możliwe, więc jedynie plan:

20170829_180448

A następnie do Złotej Świątyni (Ser Lhakhang), o której ogromnym i powalającym – dosłownie – wizerunku białego czterogłowego Sarwa-widja-Wairoczany naniesionym na całość ściany już coś wspomniałam (tutaj). Jednak ten wizerunek to nie wszystko, na przeciw niego znajduje się równie wspaniałe malowidło przedstawiające niebieskiego Wadżradharę. Między nimi znajduje się równie majestatyczny Budda.

Tabo jako takie:

20170831_103455

20170829_181643

Lecz Tabo nie jest tylko klasztorem… to także i przede wszystkim kompleks jaskiń kutych w skałach. Przez wiele wieków jogini buddyjscy na odosobnieniu medytowali w jaskiniach, napełniając rzeczywistość Tabo mocą i energią oświecenia:

20170830_121546

20170830_123157

20170830_122657

20170830_120544

I na koniec Cztery Wielkie Ślubowania boddhisattwy (istoty wyposażonej w bodhiczittę):

Czujące istoty są niezliczone: ślubuję wszystkie wyzwolić. Skalania [mentalno-emocjonalne] są nieskończone: ślubuję wszystkie wykorzenić. Bramy dharmy [realizacji nauk Buddy] są niezliczone: ślubuję wszystkie przekroczyć. Droga Buddy jest najwyższa: ślubuję ją ukończyć.

– J.Ś. Dalajlama XIV, Tubten Cziendryn, Buddyzm. Jeden Nauczyciel, wiele tradycji, 2015: 303.

20170830_131334

Po Tabo nadszedł czas na Kalpę. Nie obyło się bez niezapowiedzianej zmiany autobusu.

20170831_123058

20170831_122513

20170831_123055

KLASZTOR KI (buddyzm tybetański w Indiach)

20170827_112413

Moc himalajskich przestrzeni

Do buddyjskiego klasztoru w Kee (Ki), utrzymanego w tradycji tybetańskiej, jechać nie planowałyśmy, bo i nawet nie wiedziałyśmy o jego istnieniu, uroku i… jogicznej mocy. Na himalajskich trasach dzieje się jednak tak wiele, że w pewnym momencie człowiek decyduje się zaprzestać planowania i poddaje Górom, ich wszechobecnej woli tym bardziej, że Himalaje same człowiekiem kierują. Można walczyć z obsuwą błota i ziemi (landslide) i kamieni (rockslide), można denerwować się, gdy autobus nagle się psuje i długie godziny trzeba wyczekiwać, aż pojawi się rozwiązanie, można źle znosić kręte niczym wąż trasy nad urwiskiem… Można pozwalać umysłowi generować tysiące myśli, uczuć i niepokojów, snuć scenariusze o fantastycznych historiach, a można po prostu sprowadzić go do jednego punktu koncentracji – utwierdzić w jednym przedmiocie uwagi i utrzymywać ten stan. W Himalajach nie jest to trudne – wystarczy spojrzeć przez okno autobusu czy jeepa (dzielonej z innymi podróżnikami taksówki, tzw. shared taxi), a następnie pozwolić [po/w]chłonąć się temu widokowi, tej wizji… wizji, która wnika na samo dno świadomości, po sam kres poczucia “ja” i transformuje je siłą swego spokoju, majestatu i swoistej nieskończoności.

Chwiejny jest umysł i trudno go okiełznać, ale jednak daje się opanować poprzez abhjasę [wytrwałe ćwiczenie] i wairagję [brak przywiązania do owoców swoich czynów]. Jogi nie zdoła osiągnąć ten, kto nie panuje nad sobą. – Bhagawadgita* VI.35

20170817_133316

Wszechogarniająca wola Himalajów ostatecznie zagnieżdża się i w sercu podróżnika, rezonuje z rytmem uderzeń jego serca i oddechów. W ten sposób człowiek już nie wie, czy to serce jest jeszcze jego, czy już dzielone z Himalajami… Pojawia się naturalna pranajama, nieświadoma, nietechniczna, ale generująca spokój, którego oddech jest spowolniony, negatywne myśli i emocje ustały. Energia nadal jednak pozostaje nazbyt subtelna, by się przejawić w świadomości. Podróżnik czuje, że otacza go Dobro i Piękno, ale jeszcze nie umie podać jego przyczyn. Nie wie, co będzie dalej – czy dojedzie na miejsce w pierwotnie zaplanowanym czasie, czy zaraz nie będzie musiał nagle zmienić planów, czy za chwilę nie pozna nowego podróżnika, z którym na rozmowie spędzi długie godziny. Wie jednak, że cokolwiek się wydarzy, będzie Dobre i Piękne, bo podsycone pięknem Himalajów.

20170817_122021

Buddyjski klasztor w Kee (Ki)

20170827_112537

Godzinę drogi od Kazy autobusem lub jeepem, na wzniesieniu, między szczytami górskimi, zanurzonymi jakby w pustynnym terenie, znajduje się Kee Monastery. Nie jest to miejsce jak każde inne, nie jest to nawet zwyczajny klasztor, chociaż oczywiście nie jest on unikatem. Podróżnik może wynająć tutaj nocleg (300 rupii za łóżko z całodziennym wyżywieniem przygotowywanym przez mnichów, choć oczywiście w kuchni można pomagać, czajem i mlekiem z solą – to jest dopiero dobry napój), pokoje są 4-osobowe, utrzymane w bardzo dobrym stanie czystości (jeśli w danym momencie klasztor nie jest oblężony przez turystów, adeptów jogi i medytacji, czy po prostu podróżników, to w jednym pokoju mogą mieszkać tylko jedna czy dwie osoby). Wewnątrz klasztornego kompleksu obowiązuje całkowity zakaz palenia i spożywania alkoholu. Nie ma tutaj także zasięgu telefonicznego (chyba że ktoś kupił lokalny sim). Zresztą na co komu potrzebny jest zasięg, skoro atmosfera miejsca jest wszystkim, co do życia niezbędne?

20170827_113358

Medytacja w klasztorze czasie porannej modlitwy (pudży)

Co jest jednak specyfiką tego miejsca, tak odmienną od innych klasztorów tybetańskich Himaćal Pradeśu? Nie jest to widok nocnego nieba usianego miliardami gwiazd, które niemożliwością jest policzyć. Nie jest nią przewspaniała i perfekcyjnie wyciszająca umysł atmosfera miejsca, widok gór i życzliwe nastawienie mnichów, tych starszych, jak i dzieci, które dopiero co przywdziały czerwone szaty przyszłego mnicha. Nie jest to nawet śniadanie spożywane razem z mnichami podczas porannej pudży, ceremonii, która ma na celu podtrzymanie mocy buddyzmu… Iście tantryczne zachowanie! Śniadanie jest pyszne i co chwila – w przerwach między recytowanymi przez mnichów modlitwami – pojawia się czaj, gorące mleko z solą, tsampa (mąka jęczmienna), którą miesza się z mlekiem (bardzo to smaczne i sycące), bułka z dżemem; trzeba mieć tylko swoją miseczkę czy kubek i czekać, aż mnich pełniący w danym dniu dyżur “kelnera” podejdzie do nas. Mnisi odpowiedzialny za pudżę siedzą w dwóch równoległych rzędach prostopadle do wejścia, przed nimi na malutkich stolikach stoją rytualne przybory, miseczka na tsampę i czaj/mleko, teksty modlitwy wydane w formie pothi. Inni mnisi siedzą z boku. Podróżnicy i buddyści mają dla siebie wyznaczone miejsca na czerwonych dywanach pod ścianą, skąd wszystko idealnie można obserwować. I to jest właśnie to!

20170827_114321

Mnisi recytują modlitwy, podróżnicy wchodzą i wychodzą, czasem na dłuższą bądź krótszą chwilę przysiadają, piją czaj, pozostają w skupieniu, wychodzą, a ten turysta-jogin siada w stałej (sthira) i wygodnej (sukha) asanie, zamyka oczy i medytuje. Może minąć godzina (pudża zaczyna się o 7:30), może minąć 10 minut, a mogą minąć o 3 godziny – modlitwa-rytuał kończy się po 11:30. Nie ma to żadnej różnicy.

Stan, w którym ucisza się myśl ujarzmiona spełnianiem jogi… w którym poznaje się to, co jest bezgranicznym, dostępnym dzięki przebudzonej inteligencji, wykraczającym poza zmysły szczęściem… niech wie, że jogą zwie się owo z więzów nieszczęścia wyzwolenie. – Bhagawadgita VI.20-23

20170826_172121

* Tłumaczenia Bhagawadgity oparte na tłum. prof. Joanny Sachse, Bhagawadgita, czyli Pieśń Pana, Ossolineum 1988.

KAZA (buddyzm tybetański w Indiach)

Nie zdarzyło mi się nigdy zacząć wpisu od cytatu, a już na pewno nie od wyimku z filozofii Platona. Jednak te kilka słów okazuje się idealnym wprowadzeniem w samo sedno buddyzmu tybetańskiego. Tak, tybetańskiego, choć rdzennie indyjskiego również. Kilka najbliższych postów chcę poświęcić miastom i (często tantrycznej) tradycji buddyzmu tybetańskiego w Indiach.

Paniczny, otchłanny lęk przed śmiercią jest więc wyrazem pozbawionego miary przywiązania do “ciała”, czyli do żądzy, a więc zupełnego zatracenia i zagubienia się w świecie konkretu, który jest światem zmysłowych przyjemności ([Platon “Fedon”] 68b8-c2; 64d2-e3).*

Lęk przed śmiercią, identyfikacja z ciałem i aktywnością mentalną, opartą na treści dochodzącej do umysłu poprzez zmysły, pragnienie, świat zmienności, przemijalności, a w konsekwencji śmierci. Ten, którego każde zamierzenie jest spełnione (Siddhartha), zwany także Gautamą (z rodu Gotamy), mędrzec z rodu Śakjów (Śakjamuni), po urzeczywistnieniu nirwany określany szlachetnym mianem buddhy (przebudzony i oświecony), zaczął swoje kolejne wcielenie jako zwykły człowiek… chociaż nie tak do końca zwykły. Książę, ukryty przez ojca króla w pałacu, by tylko syn, przyszły następca tronu, nie dojrzał rzeczywistości świata – śmierci, choroby, starości i ascezy-jogi. Król nie może porzucić swojego królestwa. Król nie może wyrzec się potęgi władzy, nie może odłożyć miecza, by przywdziać szaty ascety i poszukiwać w głębinach swego jestestwa, swej świadomości, medytacji, postu i jogi drogi wyjścia spod władzy (wszech)świata śmierci. A jednak książę uciekł, wymknął się z pałacu. Bał się. Pobierając nauki w głębinach medytacji u swoich pierwszych mistrzów – A(r/l)ady Kalamy i Ramaputry – nadal bał się strachem bezdennym, głębinowym, strachem sięgającym samych podstaw oddechu, życia i tożsamości – bał się śmierci. I nawet wszedłszy w najgłębszą medytację, gdzie umysł wykroczył poza poczucie “ja”, bał się. Nie poddał się jednak. Złożył najcięższy i najstraszliwszy ślub jogiczny – tak długo pozostanie we wchłonięciu medytacyjnym, póki nie zdobędzie odpowiedzi na śmierć. Znalazł.

20170824_141236

W przeróżnych wersjach, obfitując w niuanse, tak właśnie przedstawia się początek buddyzmu, który w późniejszych czasem, z biegiem rozwoju przekazu i praktyk(i) wydzielił się na różne szkoły i linie przekazu. Buddyzm, który wraz z V w. naszej ery zaczął docierać na ziemie Tybetu okazał się brzemienny w skutkach tantrycznych oraz łączeniu rdzennej praktyki z silnie etycznym oraz medytacyjnym przekazem Buddy. Tutaj śmierć, ten demon Siddharty, nie jawi się jedynie jako koniec, straszliwe widziadło, Mara na pół senna, tutaj śmierć jest wpisana w praktykę, staje się narzędziem, który odpowiednio przez umysł wykorzystany, przynosi nirwanę, może nie całkowitą, ale na pewno pozwalającą na dalsze doskonalenie siebie ku pomocy innym istotom. Tantra służy ciału, także subtelnemu (wewnętrznej strukturze człowieka, złożonej z sieci subtelnych kanałów energii-prany oraz tejże energii przez nie przepływającej), mantra umysłowi, pradżnia (wiedza) – oczyszcza całość człowieka, ale podstawę stanowi bodhiczitta oświecona świadomość, czyli… właśnie? Ku czemu dąży tak na prawdę jogin (tyb. ngagpo), mnich czy też zwykły buddysta w tradycji tybetańskiej? O tym stopniowo w późniejszych wpisach. Tantra jest zjawiskiem niezwykle skomplikowanym i trudnym w wyjaśnieniu.

Medytuj, ale przede wszystkim bezustannie ucz się świętych nauk, wtenczas pojmiesz. Bo bez nauki – jak mawia Jego Świątobliwość Dalajlama XIV – nie ma nawet, nad czym medytować. Nad pustką w swojej głowie chcesz…?

– tak posłyszałam razu pewnego w tybetańskiej dzielnicy Majnu-ka-Tilla w Delhi.

Kaza, urokliwe miasteczko oraz węzeł komunikacyjny do wielu ważnych klasztorów himalajskich, do których można stąd dojechać zarówno transportem publicznym, jak i jeepami-taksówkami (śmietnik ustawiony w niezwykle niefortunnym miejscu):

20170826_161819

Także i Kaza posiada swój piękny, nowy, klasztor szkoły Śakja (Sakya Monastery), w którym codziennie odbywa się pudża. Do środka może wejść każdy (po uprzednim zdjęciu obuwia – to właściwie tyle z nakazów) i na przykład usiąść z boku, na rozłożonych na całej długości sali medytacyjno-rytualnej, zamknąć oczy i medytować. Nie bardzo ktoś zwróci na nas uwagę nawet, jeśli spędzimy w tym miejscu wiele minut czy nawet godzin. Bo czy jest tak naprawdę jakiś powód, by przyglądać się turyście?

Samo miasteczko może wydawać się nudne, ospałe, bez atrakcji turystycznych, ale to chyba nie jest prawda. Kaza posiada swój urok i znaczy coś więcej niż węzeł komunikacji i biuro, które wydaje pozwolenia dla turystów, by jechać do rejonu Kinnaur (północno-indyjski stan Himachal Pradesh podzielony jest na 12 dystryktów, nie do każdego można wjechać bez uprzedniej rejestracji i pozwolenia). Nocleg można wynająć od ręki, bez uprzedniej rezerwacji. Do wyboru mamy różnej ceny hostele, o dość dobrej jakości, kilka dedykowanych backpackersom, a także bardzo dobrą i czystą noclegownię (Lhasa Guesthouse). Generalnie Kaza dzieli się na dwie części: pierwszy przy stacji autobusowej oraz drugą, w której znajduje się Klasztor, biuro i inne hostele. Wystarczy jedynie przejść przez most, obecnie został postawiony jeszcze drugi most. W jednej i drugiej Kazie możemy próbować lokalnej kuchni zarówno w mieszczuchowym, jak i turystycznym wydaniu. Obie dobre, choć oczywiście ta pierwsza jest znacznie tańsza i mniej sterylna, ale nadal pozostaje czysta.

20170826_122333

20170826_145716

Okolice Klasztoru wyglądają znakomicie. Nad nim znajdują się: czorten (świątynka tybetańska) oraz świątynia hinduistyczna (dla Hanumana, a także Śiwy). Warto wspiąć się po krętej, piaszczystej ścieżce, by spojrzeć na świat z góry i… nabrać trochę dystansu.

20170826_110204

20170826_110845

20170826_111125

20170826_111020

20170826_111642

Tutaj człowiek nagle zaczyna delektować się pięknem Himalajów. A skoro owo piękno skąpane jest w spokoju i swoistym medytacyjnym skupieniu, to zachwyt staje się jeszcze potężniejszy. Kaza to jakby brama, miejsce inicjacji, w te wszystkie monastery i miejsca wyciszenia, które buddyzm tybetański wybudował w tym himalajskim rejonie. W Kazie człowiek pozostawia za sobą zgiełk miast indyjskich, z których tutaj dojechał, i przygotowuje się na Ciszę – na wejście w samo serce buddyzmu tybetańskiego i himalajskiej tradycji medytacyjnej. I na tantrę, ów trzeci pojazd nauk Buddy, który w Tybecie od VI w. zaczął się rozwijać i przybrał miano Diamentowego Pojazdu, Wadżrajany…

20170826_114251-1

*Piotr Augustyniak, Fedon i “inna nowoczesność”. Pomiędzy filozofią a lękiem przed śmiercią (Kronos, 4/2011).

Chhattarpur Mandir w Delhi

20130101_074223.jpg

Każde przybycie do Indii ukazuje ten kraj w delikatnie innym świetle. To nie jest żadne odkrycie – z jednej strony Indie ulegają bezustannej zmianie, a z drugiej widz nie jest już ten sam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć Indie, nie wiem, czy ktokolwiek je rozumie, może sam Wisznu bądź Śiwa… Indie są tak niezwykle zróżnicowane, ale mam wrażenie, że wiele odcieni tej mozaiki wyraża się/siebie w hindi, który choć jest językiem głównym Indii, to delikatnie modyfikowanym w zależności od regionu, a z drugiej strony w kuchni – w każdym miejscu ta sama potrawa jest delikatnie inna, dodana inna przyprawa, inne warzywo, inaczej ciasto wyrobione… Nie ma dwóch takich samych czajów. Jakby Indii nie trzeba było rozumieć, ale czuć każdym z 5 zmysłów, bo każdy tutaj aktywnie uczestniczy w doświadczeniu rzeczywistości. Jest to równie męczące, co fascynujące.

Przylot do Delhi z Dubaju liniami Air India przebiegł zupełnie według planu: na czas, podwójny posiłek na pokładzie samolotu, kilka nowości kinematografii indyjskiej i światowej do zobaczenia w małym ekranu przed siedzeniem. Ja wybrałam nie tak już bardzo nowy, ale nadal nowy, „Raees” z moim ulubionym Shah Rukh Khanem. Film ma różne opinie, w każdym razie nie jest to typowy Bollywood. Indie nie są tak bardzo kolorowe, a miłość nie okazuje się znajdować w centrum akcji. Tym bowiem jest… trudno do końca powiedzieć co: biznes, który stoi ponad wszystkim, nawet ten drobny. Ale pozostaje jeszcze: rodzina, polityka, wiara, nauka, zaangażowanie społeczne… w gruncie rzeczy akcja filmu nie jest tak przejrzysta i jednoznaczna. Jak Indie. Jak człowiek. Wczoraj ze znajomym, który żyje w Delhi, rozmawiałam o tym, co jest najwcześniejsze według niego dla Hindusa/ski? O Gudżaracie, w którym toczy się akcja filmu, krąży przekonanie, że biznes, każdy, jakikolwiek: mały, wielki, legalny, mniej oficjalny, a potem rodzina i devotion – choć tak naprawdę nie był tego pewien. A reszta Indii – rodzina chyba, bo to bezpieczeństwo. Ale pieniądz też jest ważny. I Bhagawadgita. Ta podstawa hinduizmu i jogi. Nie każdy ją tu czyta, prawie nikt w sanskrycie, ale gdzieś tam w zakamarkach ducha rezonuje.

W Delhi znajduje się bardzo ciekawa i piękna świątynia Chhattarpur Mandir. Naprawdę warta zobaczenia. Jest to kompleks 4 świątyń rozciągnięty na dość przepastnym terenie. Nie są to stare świątynie, ale nie jest to też świeży hinduizmu, jak na przykład świątynia Shivoham w Bangalore. Mnie najbardziej podobał się Markandeya Mandir z ogromną salą do różnego rodzaju celebracji świat oraz do… odpoczynku (panuje tu cisza i chłód). Główny altar składa się ze kilku posągów, głównego ukazania Bogini Matki, oraz przybocznych podwójnych bóstw: z jednej strony energia kreacji i boska świadomość, pierwiastek męski i żeński wzajemnie się przenikają w jednym bycie, a z drugiej strony zniszczenie i tworzenie. Ta podwójność wchodzi jednak ma teren tantry i jogi, o tym kiedy indziej (a więcej w książce).

20130101_073104.jpg

Blisko tego hallu znajduje się Shiva Gauri Nageshvar Mandir – świątynia poświęcona Władcy Nagów Śiwie i jego Małżonce (o imieniu np. Gauri). Władca czy też Pan Nagów to jest dopiero… joga! W tym przypadku nie są to po prostu węże, zresztą dla Indii wąż nie jest tylko niebezpiecznym stworzeniem, to także skarbnica wiedzy, strażnik inicjacji… internalizacja i aktywacja energii kreacyjnej, ale też i nie do końca…

I wielka postać Hanumana…:

20130101_072415

A teraz ponownie Haridwar i jego „dziki hinduizm”, jak ja ten fenomen aktywności indyjskiej duchowości w tym świętym miejscu dla Indii nazywam.

20170805_183204.jpg

Święto Naag panchami i boska energia w joginie

DSCN3040

Kilka dni temu (27 lipca 2017, chociaż Indie nie są spójne w datowaniu tego święta), odbyło się Naag Panchami (tutaj). Zaiste dziwny i niezrozumiały dla umysłowości pozaindyjskiej rytuał. Niby jest to święto ku czci Władcy i Pana Węży – Ananty (Nieskończoność), zwanego także Śesza (Reszta), lecz… Dziwne imię! Nieskończoność i to, co z niej pozostaje – to jest dopiero zagadka matematyczna. Władca węży czczony jest w kulcie oddawanym indyjskim wężom, głównie kobrom.

DSCN3047

Ów przewspaniały Śesza-Ananta jest istotą jak najbardziej doskonałą, dobrą i ze wszechstron idealną, ba – na Ziemi inkarnował na przykład w postać Patańdżalego, kodyfikatora jogi, który swoje pouczenia zawarł w słynnych Jogasutrach (tutaj najwspanialsze tłumaczenie dostępne na rynku światowym, i jest nasze, polskie, dr. Leona Cyborana, przedwcześnie zmarłego w wypadku indologa i jogina). Leżąc na ogromnym oceanie, który poprzedza moment kreacji wszechświata (czy też go transcenduje), na swoim ogromnym ciele Śesza-Ananta utrzymuje boga Wisznu. Bóg Wisznu-Narajana pozostaje pogrążony w kosmicznym śnie, porównywanym niekiedy do stanu najwyższego jogicznego wchłonięcia, samadhi.

DSCN03251

Niby jest to święto ku czci tego boskiego węża, ale jego potęga nie spoczywa jedynie w przestrzeni pozaświatowej. Jogin tradycji hatha-jogi (chociaż nie tylko) w drodze długiego i niebezpiecznego procesu pod okiem mistrza odkrywa tę moc w sobie, gdzieś w głębiach swojej subtelnej konstytucji cielesno-mentalnej. Miejsce to zwane jest przestrzenią wspierającą podstawę, muladhara czakrą, w żaden sposób nie jest to jednak przestrzeń fizyczna (podstawa kręgosłupa), a jakby jej subtelny (sukszma) korelat. Jest to jednak nauka sekretna, tu i tam w małym kawałeczku ujawniona, lecz zakodowana w milionie symboli. Bez mistrza, który pełni rolę opiekuna i drogowskazu, tej potęgi nikt nie budzi. Zagrożenie jest bowiem dosłownie śmiertelne. Przebudzenie, obudzenie czy tez pobudzenie tej kosmicznej energii nie równa się jednak przebudzeniu rozumianemu jako oświecenie, nirwana, czy wyzwoleniu, mokszy  – do tego (nad)stanu droga pozostaje niezwykle daleka i usłana ogromną ilością przeszkód. I tak też mówią dwa niezwykle ważne teksty jogiczne datowane na czasy po XV w. (tutaj datowanie jest płynne): Hathajoga-pradipika i Widżniania-Bhairawa-Tantra. Hathajogapradipika (HJP) Lampa hatha-jogi, główny podręcznik współczesnej praktyki jogicznej, wychwala i wielbi jogę królewską, radżajogę (jogę spisaną przez Patańdżalego), jako najdoskonalszą postać nauki jogicznej, o sobie mówiąc jedynie tyle, że jest zaledwie wstępem do zaawansowanej praktyki opiewanej przez Patańdżalego. Asany, pranajamy, mudry  i bandhy w HJP tak obficie opisane są istotne, lecz na gruncie celu jogi (joga-artha) są tylko pierwszym krokiem. Celem jogi jest bowiem samadhi. Stan jakby nad-świadomości, nad-indywidualności, ponad-czasoprzestrzenności… Widżniania-Bhairawa-Tantra (WBT), Tajemne Pouczenie Bhairawy (o) Niedualnej Świadomości, to z kolei relatywnie niedawno, bo wiek temu, odkryty tekst tantryczny (śiwaickiej jogicznej tradycji trika). Bardzo bardzo zagadkowy i praktycznie nie do rozkodowania tekst!

DSCN3048

Patańdżali nic nie wspomina o owej potężnej energii, śakti, równie tworzącej, co niszczącej, ożywającej samego Śiwę (Bhairawa jest przydomkiem Śiwy), Mistrza Jogi, w indyjskich wierzeniach boga nad bogami, podobnie jak Wisznu-Kriszna (Patańdżali mówi z kolei o mocy (śakti) widza… w tym momencie pojawiłby się nam rozległy wykład filozofii jogi). Owa Dewi, Bogini władająca całym kosmosem, jest w pewien sposób obecna także w ciele każdej świadomej istoty. Nie będę przytaczać tutaj wykładni mitologiczno-śaktyjskiej, zacytuję jedynie dość wymowne fragmenty HJP i WBT:

DSCN3049

Zaiste, poprzez łaskę guru śpiąca i posiadająca zwinięty kształt (kundali) jest budzona, wtedy wszystkie lotosy [czakry] i łodyżki [subtelne kanały] również są otwierane. (HJP III.2)

Podobnie jak kluczem otwiera drzwi z wysiłkiem, tak samo jogin [z wysiłkiem] poprzez kundali otwiera wrota do wyzwolenia. (HJP III.105)

[Opowiedz mi] O tym stanie wolnym od czasu i przestrzeni, wyzbytym wszelkiej definicji i charakterystyki [zwanym Bhairawa-Śiwa]. (WBT 22)

Te [centra] powinny być przebite/otwarte/wyważone, a wyzwoliwszy się od materialnego i subtelnego [ciała], staje się niczym Śiwa [tj. w samadhi]. (WBT 30)

DSCN3055

Dla hindusa-jogina joga to kunsztowna kontrola prany, ujarzmienie siebie poprzez ujarzmienie prany. Prana natomiast zgodnie z HJP i WBT wchodzi w ścisłą korelację z energią o zwiniętej postaci na kształt węża. Bez mistrza jednak ni rusz! I oto jest powód, dla jakiego te dwa teksty (jak i reszta literatury hatha-jogi i tantry) milczy w  temacie szczegółowego opisu tej energii. Wierzenie hinduizmu nie byłby sobą, gdyby nie obfitowały w różnorodne legendy dotyczące nagów, czyli węży. Właściwie, jest to temat bardzo rozbudowany i posiadający rozbudowaną mitologię. Dla przykładu młodziutki Kriszna odtańczył niemal śmiertelne ruchy na głowie naga Kaliji, który zatruwał wody wioski, w której Kriszna się wychowywał. Wąż obiecał nie szkodzić już ludziom, a jogini uważają ten taniec Kriszna za poskromienie niższego-ja istoty świadomiej, czyli akt ściśle inicjacyjny w głębsze nauki.

Banaras1

Bonjour, India!

20170206_012014

Ostatni mój zapis z notatek sporządzonych w Delhi brzmiał: „w istocie nie ma żadnego guru jako osobny byt, a tylko gurutattva – rzeczywistość/przestrzeń guru”. Nie były to moje słowa, ale Przyjaciela, z którym długie rozmowy w upalne dni w Indiach prowadziłam. O jodze, o tantrze, o Bogu, wyzwoleniu, mistrzach, a nawet życiu. Na kilka godzin przed wylotem do Indii ponownie patrzę w te niedokończone zapiski i zastanawiam się nadal, na ile prawdziwy guru jest realny. Kim on/a jest, jak go/ją rozpoznać?

20170206_004647

Ktoś ponownie gra na fortepianie na lotnisku Chopina. Melodia szybka i dynamiczna. A ja doceniam wartość przyjaźni, która jest jednym ze składników jogi. Dobrzy przyjaciel to skarb, a kilku dobrych przyjaciół to skarbiec, to ochrona (chociaż Przyjaciel powiedział, że jedynym Ochroniarzem jest Śiwa, mistrz jogi). Maitri (przyjacielskość), karuna-ahinsa (współczucie-niekrzywdzenie) i dżniana (mądrość) – trzy cechy jogi – trzy schronienia dobrego jogina. „Wszystko jest możliwe, ale serio!” – tak Przyjaciel zakończył rozmowę.

20170206_055810

Da się zapakować plecak do Indii w 9,5 kg. Da się dostać super t-shirt od kumpla, który próbuje dokonać czegoś wspaniałego. Da się ponownie szukać joginów. Tym razem Mumbai i bardziej południowe niż północne Indie, choć też nie do końca…

Ponad 100 sposobów koncentracji z nauk tantry i… indyjski czaj

DSCN2321

Istnieją różne sposoby na koncentrację, mniej lub bardziej zgodne z naukami jogi. Niektóre opierają się na praktyce medytacji, inne na bardziej codziennych sposobach radzenia sobie z mentalnym rozproszeniem, np. arabica czy robusta, yerba mate, zielona herbata (japońska, koreańska, chińska, indyjska, nepalska, Tuaregów itp.). Istnieje także indyjski czaj, czyli słodka herbata z przyprawami z dodatkiem mleka (nie ma co szczędzić procentów), mleko oczywiście może być roślinne (kokosowe, migdałowe itp.). Jeden jogin ze smakiem będzie kosztował czaj, czasem usuwając z niego mleko i przyprawy, inny – bardziej ortodoksyjny – odrzuci, ewentualnie pozostając przy gotowanej herbacie z cukrem i tulsi… A przyprawy wchodzące w skład czaju to:

20160828_154858

Czyli: kardamon, imbir, goździki, anyż, cynamon, gwiazdki anyżu, liście bazylii (jak się domyślam – tulsi [łac. ocimum tenuiflorum]) oraz cukier (lub miód, jeśli nie jest dodawany do wysokiej temperatury herbaty). Można dodać także pieprz, ale musi być to specjalny, niezwykle aromatyczny pieprz z południowoindyjskiej Kerali, np. karimunda lub thevan. A czaj robi się w taki oto sposób:

  • w garnku gotujemy czarną herbatę, najlepiej Assam (jest dość silna), ale Darjeeling też jest wyśmienity (lecz wtenczas otrzymujemy inny napar, delikatniejszy)
  • wrzucamy pokrojony imbir i cukier, gotujemy kilka minut
  • następnie dolewamy mleko
  • na koniec dosypujemy sproszkowane przyprawy (kupne), a jeśli przyprawy ścieramy w moździerzu, to wrzucamy je razem z imbirem do gotującej się wody
  • dobrze jest pogotować wszystko około 10 minut – ja wyznaję zasadę, że im dłużej, tym lepiej, choć oczywiście nie za długo, buddyjska i arystotelesowa droga środka i w kuchni jest wskazana
  • następnie przecedzamy i rozlewamy w mniejsze filiżanki, np. takie do (czasem miętowej) herbaty z Sahary (herbata Tuaregów, czyli attaï n Touareg)

esprit nomade

Przed zasmakowaniem dobrze jest powąchać tak przygotowaną miksturę… Jej zapach jest bowiem niezwykle aromatyczny.

czaj

Jak niedawno byłam uczona w Badrinath: najpierw spoglądamy na czaj, jego kolor i konsystencję, następnie wąchamy, czy aromat przypraw i herbaty właściwie się uwolnił, następnie w ustach smakujemy, czy czegoś nie brakuje, by w końcu powoli pić… W towarzystwie oczywiście najlepiej! Epiktet przypomina jednak, że człowiek nawet w pustym pokoju nigdy sam nie jest… (Diatryby)!

Istnieją jednak także mniej zewnętrzne sposoby wprowadzania umysłu (w jodze zwanego manasem) w stan koncentracji, czyli dharany (धरण). Tantra zwana Widżniana-Bhairawa (विज्ञानभैरवतन्त्र) podaje ich… ponad 100: począwszy od naturalnych, jak koncentracja na płomieniu świecy czy wizualizacja pustki we wnętrzu własnego ciała, po coraz bardziej wyszukane wewnętrzne wizualizacje, aż po sposoby wymagające inicjacji w daną tradycję tantryczną oraz pomocy guru. Zasiadłszy zatem w przyjemnej i stałej pozycji, skupiwszy się na oddechu, gdy myśli przestaną być już tak natarczywe, a w każdym razie uwaga nie podąża za nimi już tak kurczowo, można koncentrować uwagę na:

  • zewnętrznych elementach otoczenia lub na wybranej części własnego ciała
  • wybranym obiekcie świadomości, który jest wewnętrznie wizualizowany lub myślany (bez wizualizacji)
  • dwunastu zmysłach (tutaj trzeba by wejść w dość złożoną psychologię jogi, bo bynajmniej nie chodzi tutaj o 5 zmysłów i jakieś domniemany zdolności nadnaturalne), pierwszych 10 zmysłów można pominąć, wystarczy wspomnieć o dwóch: umyśle (manasie) i poczuciu indywidualnego ja (ahankarze), które można obejmować koncentracją uwagi
  • kosmicznej anihilacji wszechświata, czy też – jednostkowej znikomości
  • wizualizacji pustki wszystkiego, włącznie z własnym ciałem i umysłem (nie chodzi tutaj o to, jakoby joga zakładała pustkę rzeczywistości! – wizualizacja pustki to jedynie technika, nie aksjomat!) – w ten sposób umysł (gonitwa myśli) się rozpuszcza
  • utkwieniu wzroku na opustoszałej przestrzeni, np. góry, skały czy rzeki
  • utkwieniu wzroku na niebie
  • zatopieniu uwagi w ciemności nocy
  • rozmyślaniu nad wszechświatem jako postacią świadomości
  • szczęściu i błogości, które pojawiają się w trakcie medytacji

Oraz bardziej zaawansowane dharany na:

  • zjednoczeniu się dwóch głównych oddechów ciele: apany i prany, w ten sposób jogin doznaje uspokojenia, ujednolicenia (samatwy) świadomości (widżniany)
  • błogim stanie przejściowym między jawą a wejściem w stan snu, gdy świat zewnętrzny i aktywność umysłu blednie (pranaszte)
  • świetle (tedżasie) słońca czy świeczki/lampki, przenosząc następnie tę jasność w swoje wnętrze
  • ciemniej stronie boskości, na tytułowym Bhairawie (przydomek Śiwy, gdy przybiera on niszczycielską formę)…

DSCN1762 (2)