Aghori – nieustraszeni asceci

Parający się nieprzyzwoitymi rytuałami asceci, ludożercy, praktykujący w miejscach kremacji, przerażający – w taki oto sposób opisywani są aghori, pochodzący (prawdopodobnie) w prostej linii od kapalików, nosicieli czaszek. Gdy wnikniemy do wnętrza praktyki aghorich, ukaże się nam jednak zupełnie inna duchowa przestrzeń – miłość…

dscn1297.jpg

Jak podaje Gavin Flood (Hinduizm, 2008, Rozdział 7. Śiwaizm i religia tantryczna), kapalikowie podobnie jak asceci nurtu lakula nosili kostury zakończone ludzką czaszką (skr. khatwaṇga) oraz miseczkę żebraczą pozyskaną z ludzkiej czaszki, żyli w miejscu kremacji, naśladując groźne bóstwa, obłaskawiając je ofiarami z krwi, mięsa, alkoholu, celem była moc (skr. siddhi), lecz… tak wyglądała praktyka kapalików z zewnątrz. Dokonywanie przez nich transgresji miało określony cel – poprzez złamanie rytuałów czystości bramińskiej (wedyjskiej), a zarazem złamanie praw śmiertelnego świata, chcieli dokonać transmutacji cielesnej oraz uwolnić się od jego więzów i osiągnąć wyzwolenie. Co z konwencjonalnego punktu widzenia wydaje się niegodne, nieczyste i przerażające, po przekroczeniu stanu spętania strachem, gniewem i pragnieniem może nagle okazać się czymś zupełnie innym. Kapalikowie zanikli z biegiem czasu, za wyjątkiem  aghorich, przebywających głównie w Kaśi (Waranasi, Benares). Aghori także używają ludzkich czaszek (głównie pozostających po rytuale pośmiertnego spalenia zwłok), jedzą z czaszek, medytują w miejscach kremacji, smarują ciało popiołem kremacyjnym, używają produktów z ciała do przebłagania bóstw, przeprowadzają rytualne jedzenie… martwych ciał. Jednak to ostatnie nie jest częste, bo i nie ma takiej potrzeby. To rzadko stosowany rytuał, jeden z najcięższych, by przekroczyć granicę strachu i obrzydzenia. Aghori znaczy przecież „bez-strachu”.

dscn1345.jpg

Aghori, czyli odmowa naturalnemu pragnieniu

Aghori pozostawia wszystko za sobą, żyje bez przywiązania do świata, który uważa za miejsce kremacji (skr. śmaśāna) należące do istot, które już umarły lub dopiero umrą. Z drugiej jednak strony, aghori kochają wszystkie stworzenia z równą intensywnością, jak Maa (bogini Matka), bóstwo aghorich, kocha swoje dzieci. Pierwszym stopniem na drodze aghoriego jest uświadomienie sobie, że wszystko kiedyś zniknie, ale sthula śarira, ciało materialne, jest bardzo ważne, bo staje się narzędziem duchowego treningu. Nie będę opisywać szczegółowych praktyk ani przebiegu inicjacji, bo tego się doświadcza, a nie obserwuje z boku i komentuje, ale jedno ćwiczenie jest bardzo użyteczne, nawet w zwykłym życiu. Aghori idzie pod prąd, wbrew naturze niekiedy… tej samej, która zbliża ku zatraceniu. Asceta zatem stara się zapanować nad wszystkim, co jest związane ze rzeczywistością przemijania, cierpienia i bólu. Jest on przecież bez-strachu. Bez największego strachu, jakim jest Koniec. Kiedy aghori czuje jakieś przejmujące pragnienie, któremu nie można się oprzeć, to właśnie wtedy wie, że trzeba się jemu oprzeć! „Kiedy czujemy nagły i przenikliwy głód, to zgodnie z naturą jemy. A tutaj chodzi o to, by nie jeść.” – kiedyś pewien asceta mi wyjaśniał. Jest to trening mentalny, trening siły woli, by oprzeć się pokusom. Oczywiście trzeba w końcu zjeść, bo nie chodzi o to, by zagłodzić się, jednak trzeba mądrze dobierać jedzenie, także pokarm duchowy, spożywany przez nasze serce i umysł. Gdy zapanuje się nad pragnieniem, nad którym wydaje się nam, że nie mamy panowania, to właśnie wtedy uaktywnia się rodzaj wewnętrznej siły, o której nie wiedziało się, że w nas drzemie. Wszystko zaczyna się w umyśle, nie ciele, ciało tylko przejmuje decyzje umysłu-serca. Podobnie to, co widzimy, zaczyna się w umyśle…

Indyjska różnorodność ascetycznych tradycji

W Indiach mamy do czynienia z wielością ordynacji ascetycznych. Najprostszy i niewiele mówiący podział biegnie wzdłuż linii: wyznawcy Wisznu (wisznuici), czyli asceci ubrani w białe szaty, oraz wyznawcy Śiwy i Śakti (śiwaici – śaktowie), wyrzeczeńcy (skr. tjaginowie lub sannjasinowie) przeważnie przyodziani w pomarańczowe szaty z elementami żółtego koloru. Podział wewnątrz tych dwóch klas hinduizmu jest już znacznie trudniejszy. W nurcie śaktyzmu i śiwaizmu mamy bowiem np. linię przekazu nagów (dalej się dzielących), mamy aghorich, mamy także tradycję nathów okrytych popiołem. Ghaty Waranasi zaludnione są jeden przy drugim ustawionymi namiotami, podobnie w ważnych miejscach pielgrzymkowych można spotkać ich obozowiska, np. na himalajskiej trasie do Kedarnath, w Badrinath… (o Kedarnath tutaj, a trasie Badrinath-Kedarnath tutaj i tutaj). Gdy coś w ich zachowaniu mnie zaciekawi, podchodzę, pytam, czasem na migi, używając zrębków hindi, nie każdy asceta zna angielski. Jednak człowiek się jakoś dogada… w tej przestrzeni „pomiędzy”, bo niekiedy wcale nie potrzeba języka, by porozmawiać

Aghori…

Razu pewnego zapytałam znajomego jogina (naga babę), jakie jest jego zdanie o aghorich. „Bardzo ich szanuję, prawdziwy jogin zawsze jest dobrą istotą.” Początki ruchu aghorich nikną w zawiłościach indyjskiej historii. Niekiedy wpisywani są w nurt tantry, od którego sami często się odcinają (jednak nie zawsze, wszystko zależy bowiem od tego, co rozumiane jest przez cel tantry: moce tajemne i stany ekstatyczne czy wyzwolenie i najwyższa mądrość, uwalniająca z okowów śmierci i uzależniającego świata cierpienia i bezustannej zmiany). Odnośnie tantryzmu, jego praktyk, parampary (tradycji przekazu mistrz-uczeń), datowania i okoliczności powstania, wszystko jest zawsze skomplikowane… Głównymi siedzibami aghorich są: Waranasi (Uttar Pradeś), Girnar/Girinagar (Gudżarat), Tara Peeth (Bengal), Kamakhya (Assam) oraz Pashupatinath (Katmandu). Zgodnie z puranami (Śiwa i Linga) patron ascetów Śiwa wyobrażany jest także w postaci Sada-Śiwy o pięciu obliczach, symbolizujących: 1. stwarzanie, 2. podtrzymywanie, 3. niewiedzę, 4. anihilację nakłaniającą do praktyki jogi prowadzącej do 5. wyzwolenia. Oblicze zniszczenia w kolorze ciemnoniebieskim (nawet czarnym), zwane jest aghora, tutaj Śiwa jest Rudrą i przeraźliwym Bhairawą. To właśnie ona najsilniej związana jest z praktyka jogi i filozofią sankhji. Guru Dattareja uchodzi za pierwszego mistrza tradycji aghorich, którą można podzielić (nie bez problemów) na dwie główne linie przekazu: Kinarami Parampara oraz Aghor Nath (Siddha) Sampradaya (zapis zangielszczany). Ruch aghorich został zapoczątkowany w V w. przez postać Bhairawaćarji [wg przyświątynnego prospektu Aghor at glance, s. 17].

20190222_072540

Kinarami Parampara wywodzi się od mistrza Kina Ram Baby (XVII/XVIII w.), działającego w Waranasi. Kina Ram Baba (Baba Keenaram) dwukrotnie otrzymał przekaz od czcigodnego Dattareji. Nauka Baby Keenarama odrzuca indyjski podział klasowo-kastowy, propagując obecność boskości we wszystkim, co istnieje, a dokładniej – przenikania całego kosmosu. Ostatecznie Kina Ram Baba osiadł w Waranasi przy Krim Kund, cudownym zbiorniku wodnym poświęconym bogini Kali. Tam jego uczniowie, poddając się silnym praktykom ascetycznym (tapasowi, czasem zapisywane lokalnie: „tapasya”), utworzyli pierwszy aśram, często odwiedzany przez lokalnych niedotykalnych oraz przez niektórych radżputańskich kszatrijów. Po śmierci Kina Ram pozostał wśród swoich uczniów w postaci świętego ognia, Hingladż, bogini szczęścia i powodzenia, w formie jantry znajduje się obok ognia. Istota reforma nastąpiła w połowie XX w., kiedy to Baba Aghoreshwar Bhagvan Ramji (Avadhoot Bhagwan Ram) zmodyfikował praktykę oraz otworzył (w części) tradycję aghorich dla laików.

Tradycja Aghor Nath (Siddha) Sampradaya mistrza swego upatruje w postaci Goraksza-natha, ucznia Matsendra-natha, fundatora tradycji hatha. Święty żył w okolicach XI i XII w., podróżując po Indiach, słynąc ze swej mądrości i biegłości w sztuce jogicznej (i ponoć magicznej). Główną siedzibą ruchu aghori nathów jest Gorakpur.

Awadhut, aughar, aghoreśwar…

Celem życia ascetów jest przebywanie w boskiej jedności i przezwyciężanie dualności świata doświadczalnego z dnia na dzień. Odpowiedzialność i opieka spoczywa na barkach osoby mistrza (guru), który jako ucieleśnienie, realizacja ideałów etycznych, winień pomagać swoim uczniom w duchowym rozwoju. Pierwszym etapem przecinania uzależnienia od świata przemijalnego jest diksza, inicjacja, podczas której adept otrzymuje od mistrza mantrę (ochronna formuła, a zarazem obiekt (skr. deśa) koncentracji uwagi w czasie medytacji… lub narzędzie walki wobec złych emocji i impulsów). Pojawiają się praktyki oczyszczania przez ogień, rytualnego spożywania mięsa oraz innych niedozwolonych substancji, kontrolowania bhutów (duchów i innych istot wyzbytych materialnego ciała, ocieramy się tutaj bowiem o indyjską alchemią, rasajanę, oraz przeróżne praktyki autochtoniczne, często o szamańskiej proweniencji), a także kontrowersyjna śawa-sadhana, praktyka z użyciem martwego ciałą. Ciało to śawa (martwota), z którego emanuje życiowa energia kosmiczna (Śakti), to ona czyni ze zwykłego ciała boski pojazd – Śiwę. Gra słów śawa-śiwa nie jest tu przypadkowa. W sanskrycie śiwa oznacza nie tylko boga i patrona jogi, małżonka Śakti (Sati-Parwati-Uma lub w jej przeraźliwej formie Kali, a nawet Durga, ale tutaj mitologia indyjska jest ambiwalentna, Durga bowiem zawsze pozostaje niezamężna!). Miseczką do jedzenia, a także przedmiotem praktyki, jest ludzka czaszka – głowa jako „miejsce myśli” uchodzi także za siedlisko maji-awidji, fundamentalnej wrodzonej niewiedzy, której pragmatyczną-emocjonalną stroną jest pragnienie. Nie chodzi tutaj o zwykłą niewiedzę ani proste pragnienie. Każdy czegoś nie wie, każdy czegoś pragnie. Tu głębszy poziom wchodzi do gry, a dokładniej – najgłębszy, sięgający samej istoty człowieczeństwa. Naturą człowieka jest awidja i kama/lobha (pragnienie), któremu nie może się oprzeć, jednak jeśli wejdziemy na poziom epistemiczny (poznawczy), to joga wyjaśnia nam, że nasz umysł zawsze nastawiony jest na przedmiot. Zawsze musi o czymś myśleć, coś chwytać. Gdy coś jest przyjemne, to umysł składnia się ku temu, niekiedy tracąc kontrolę nad sobą (snując różne mniej lub bardziej zawiłe scenariusze zdarzeń i wersje rzeczywistości), a gdy coś jest mu nieprzyjemne, to odpycha to. Brzydzi się, odrzuca, boi, gniewa, smuci.

Umysł jest narzędziem przyczynowości, uwikłania i wyzwolenia.

Ogień w żołądku, który we wszystkich żywych stworzeniach przechowuje oddech życiodajny, płonie bezustannie. W celu obiaty [rytualnego ofiarowania pożywienia] w tym ogniu składa się święte pokarmy: czułość, pokorę i poświęcenie-służbę przepojone głęboką wiarą.

– Mysteries of the Aghor Master 2017: 31 i 36

Mamy więc alternatywę: przyjemne-ohydne, pragnę-odrzucam, chcę-gniewam się, raduję-smucę… panuję nad emocjami i roztrzęsionym umysłem albo nie panuję. Oczywistym pytaniem, które się tutaj nasuwa, jest to „kto jest tym, który (nie) panuje?”. W odpowiedzi przychodzi praktyka medytacji. Tam jogin (także aghori) przebija się przez kolejne zasłony uzależnienia od świata i własnej wewnętrznej gry. Przebijanie strzałą koncentracji zaczyna się w momencie, gdy jogin czuje, że coś jest nie tak z każdym konkretnym pragnieniem, negatywną emocją (pozytywną oczywiście też, skoro „piękno” narzuca lgnięcie ku przedmiotowi piękna), że to być może nie on/a pragnie, ale jakby coś w niej/nim. I to „jakby” nie daje już spokoju, staje się pierwszym terenem podróży ku… To się dopiero okaże, co znaczy przebywanie poza dwójnią (życie-śmierć, chcę-nie chcę, piękne-brzydkie), w przestrzeni miłości.

Miłość według aghorich

Zarzuca się aghorim intoksykację, przebywanie w zmienionym stanie świadomości, spowodowanym środkiem odurzającym. I jest to prawdą – aghori przebywa w stanie odurzenia – intoksykacji miłością-oddaniem, jest wręcz (Aghor at glance, s. 20 i 44):

(…) oszalały z oddania [devotion] i nie potrzebuje żadnego innego uzależniającego środka, żadnej uzależniającej substancji, by wpływała na jego świadomość.

Obsesja wyzbytego ego(izmu) oddania, miłości, jest symbolem wiedzy najwyższej.

Niemniej jednak różne rzeczy się wydarzają… a chillum puste nie zostaje.

Waranasi

Nadal nie spotkałam aghorich w Waranasi, ale byłam w ich świątyni. Wewnątrz fotografia jest zabroniona. Jednak następnym razem przebywając w moi ukochanym mieście, zapuszczę się w tereny, gdzie aghori mogą być obecni…

20190224_121115

Prawdziwy mistrz tworzy mistrzów, nie uczniów. (…) a jedyna różnica między mistrzem a uczniem jest taka, iż mistrz trochę szybciej zaczął się uczyć.

– Mysteries of the Aghor Master, 2017: 9

 

 

Himalaje…

Himalayas

Dwa lata temu po raz pierwszy jadąc w Himalaje nie wiedziałam, czym one są, jak się je czuje i co dzieje się w ich wnętrzu. Rok temu jadąc ponownie w Himalaje wiedziałam, że są to wymagające rejony, bo nawet jeśli podróżuje się po terenie do 4000 m. n.p.m., to kręte trasy nad przepaścią, deszcze, błota, osuwiska, awarie autobusów i zmęczenie odbierają siłę i motywację. W tym roku chociaż nie pojechałam ponownie w przestrzenie, w których joga powsta(wa)ła, to Himalaje stały się czymś oczywistym dla mnie, częścią mnie. Za to długi czas zmagałam się z jogą, tą moją. Dlatego milczałam.

Można znać różne definicje jogi, te klasyczne (Jogasutry), przedklasyczne (Upaniszady i Mahabharata) i późniejsze (literatura hathajogi), a także zupełnie współczesne, i nadal nic nie rozumieć – nie czuć w sobie nic, stojąc na macie. Można siłować się z asaną, pranajamą, a nawet medytacją… i konfrontować się jedynie z własnym zmęczeniem i oporem ciała. Zawsze pamiętałam jednak o jednej rzeczy – tym, co zobaczyłam w Himalajach. Pamiętałam o ich nieskończoności, pięknie tak ogromnym, że gdy wpatrzy się w ich majestat, to nagle czuje się bliżej niesprecyzowaną stratę – bo w pewien sposób stajemy się puści. Jednak nie jest to pustka, która jest brakiem. To wolność i spokój tak przenikający do serca i przeszywający umysł, że w ułamku sekundy staje się oczywiste, dlaczego podróżnik tak bardzo chciał znaleźć się w tej świętej, wypełnionej mocą jogicznej praktyki przestrzeni, która zdaje się nie mieć ani początku, ani końca. Ta przestrzeń przechodzi do serca.

I pewnego dnia ta przestrzeń budzi się w nas na macie, gdy nagle uświadamiamy sobie, że podobnie jak w Himalajach walczy się z własnym ciałem i umysłem, bo dzika Natura jest nieubłagana, tak teraz własna natura, równie dzika i równie nieokiełznana, wymaga naszego wysiłku (haṭha हठ w sanskrycie). Walka oczywiście ma inne podłoże, lecz nadal jest tym samym wewnętrznym wysiłkiem. Dyscypliną. Silną wolą.

—–

Źródło zdjęcia: “45 Min Meditation – Tibetan Monks Chanting, Mantras, Singing Bowls” https://www.youtube.com/watch?v=SmG5gX-txa0&t=1756s

KAZA (buddyzm tybetański w Indiach)

Nie zdarzyło mi się nigdy zacząć wpisu od cytatu, a już na pewno nie od wyimku z filozofii Platona. Jednak te kilka słów okazuje się idealnym wprowadzeniem w samo sedno buddyzmu tybetańskiego. Tak, tybetańskiego, choć rdzennie indyjskiego również. Kilka najbliższych postów chcę poświęcić miastom i (często tantrycznej) tradycji buddyzmu tybetańskiego w Indiach.

Paniczny, otchłanny lęk przed śmiercią jest więc wyrazem pozbawionego miary przywiązania do “ciała”, czyli do żądzy, a więc zupełnego zatracenia i zagubienia się w świecie konkretu, który jest światem zmysłowych przyjemności ([Platon “Fedon”] 68b8-c2; 64d2-e3).*

Lęk przed śmiercią, identyfikacja z ciałem i aktywnością mentalną, opartą na treści dochodzącej do umysłu poprzez zmysły, pragnienie, świat zmienności, przemijalności, a w konsekwencji śmierci. Ten, którego każde zamierzenie jest spełnione (Siddhartha), zwany także Gautamą (z rodu Gotamy), mędrzec z rodu Śakjów (Śakjamuni), po urzeczywistnieniu nirwany określany szlachetnym mianem buddhy (przebudzony i oświecony), zaczął swoje kolejne wcielenie jako zwykły człowiek… chociaż nie tak do końca zwykły. Książę, ukryty przez ojca króla w pałacu, by tylko syn, przyszły następca tronu, nie dojrzał rzeczywistości świata – śmierci, choroby, starości i ascezy-jogi. Król nie może porzucić swojego królestwa. Król nie może wyrzec się potęgi władzy, nie może odłożyć miecza, by przywdziać szaty ascety i poszukiwać w głębinach swego jestestwa, swej świadomości, medytacji, postu i jogi drogi wyjścia spod władzy (wszech)świata śmierci. A jednak książę uciekł, wymknął się z pałacu. Bał się. Pobierając nauki w głębinach medytacji u swoich pierwszych mistrzów – A(r/l)ady Kalamy i Ramaputry – nadal bał się strachem bezdennym, głębinowym, strachem sięgającym samych podstaw oddechu, życia i tożsamości – bał się śmierci. I nawet wszedłszy w najgłębszą medytację, gdzie umysł wykroczył poza poczucie “ja”, bał się. Nie poddał się jednak. Złożył najcięższy i najstraszliwszy ślub jogiczny – tak długo pozostanie we wchłonięciu medytacyjnym, póki nie zdobędzie odpowiedzi na śmierć. Znalazł.

20170824_141236

W przeróżnych wersjach, obfitując w niuanse, tak właśnie przedstawia się początek buddyzmu, który w późniejszych czasem, z biegiem rozwoju przekazu i praktyk(i) wydzielił się na różne szkoły i linie przekazu. Buddyzm, który wraz z V w. naszej ery zaczął docierać na ziemie Tybetu okazał się brzemienny w skutkach tantrycznych oraz łączeniu rdzennej praktyki z silnie etycznym oraz medytacyjnym przekazem Buddy. Tutaj śmierć, ten demon Siddharty, nie jawi się jedynie jako koniec, straszliwe widziadło, Mara na pół senna, tutaj śmierć jest wpisana w praktykę, staje się narzędziem, który odpowiednio przez umysł wykorzystany, przynosi nirwanę, może nie całkowitą, ale na pewno pozwalającą na dalsze doskonalenie siebie ku pomocy innym istotom. Tantra służy ciału, także subtelnemu (wewnętrznej strukturze człowieka, złożonej z sieci subtelnych kanałów energii-prany oraz tejże energii przez nie przepływającej), mantra umysłowi, pradżnia (wiedza) – oczyszcza całość człowieka, ale podstawę stanowi bodhiczitta oświecona świadomość, czyli… właśnie? Ku czemu dąży tak na prawdę jogin (tyb. ngagpo), mnich czy też zwykły buddysta w tradycji tybetańskiej? O tym stopniowo w późniejszych wpisach. Tantra jest zjawiskiem niezwykle skomplikowanym i trudnym w wyjaśnieniu.

Medytuj, ale przede wszystkim bezustannie ucz się świętych nauk, wtenczas pojmiesz. Bo bez nauki – jak mawia Jego Świątobliwość Dalajlama XIV – nie ma nawet, nad czym medytować. Nad pustką w swojej głowie chcesz…?

– tak posłyszałam razu pewnego w tybetańskiej dzielnicy Majnu-ka-Tilla w Delhi.

Kaza, urokliwe miasteczko oraz węzeł komunikacyjny do wielu ważnych klasztorów himalajskich, do których można stąd dojechać zarówno transportem publicznym, jak i jeepami-taksówkami (śmietnik ustawiony w niezwykle niefortunnym miejscu):

20170826_161819

Także i Kaza posiada swój piękny, nowy, klasztor szkoły Śakja (Sakya Monastery), w którym codziennie odbywa się pudża. Do środka może wejść każdy (po uprzednim zdjęciu obuwia – to właściwie tyle z nakazów) i na przykład usiąść z boku, na rozłożonych na całej długości sali medytacyjno-rytualnej, zamknąć oczy i medytować. Nie bardzo ktoś zwróci na nas uwagę nawet, jeśli spędzimy w tym miejscu wiele minut czy nawet godzin. Bo czy jest tak naprawdę jakiś powód, by przyglądać się turyście?

Samo miasteczko może wydawać się nudne, ospałe, bez atrakcji turystycznych, ale to chyba nie jest prawda. Kaza posiada swój urok i znaczy coś więcej niż węzeł komunikacji i biuro, które wydaje pozwolenia dla turystów, by jechać do rejonu Kinnaur (północno-indyjski stan Himachal Pradesh podzielony jest na 12 dystryktów, nie do każdego można wjechać bez uprzedniej rejestracji i pozwolenia). Nocleg można wynająć od ręki, bez uprzedniej rezerwacji. Do wyboru mamy różnej ceny hostele, o dość dobrej jakości, kilka dedykowanych backpackersom, a także bardzo dobrą i czystą noclegownię (Lhasa Guesthouse). Generalnie Kaza dzieli się na dwie części: pierwszy przy stacji autobusowej oraz drugą, w której znajduje się Klasztor, biuro i inne hostele. Wystarczy jedynie przejść przez most, obecnie został postawiony jeszcze drugi most. W jednej i drugiej Kazie możemy próbować lokalnej kuchni zarówno w mieszczuchowym, jak i turystycznym wydaniu. Obie dobre, choć oczywiście ta pierwsza jest znacznie tańsza i mniej sterylna, ale nadal pozostaje czysta.

20170826_122333

20170826_145716

Okolice Klasztoru wyglądają znakomicie. Nad nim znajdują się: czorten (świątynka tybetańska) oraz świątynia hinduistyczna (dla Hanumana, a także Śiwy). Warto wspiąć się po krętej, piaszczystej ścieżce, by spojrzeć na świat z góry i… nabrać trochę dystansu.

20170826_110204

20170826_110845

20170826_111125

20170826_111020

20170826_111642

Tutaj człowiek nagle zaczyna delektować się pięknem Himalajów. A skoro owo piękno skąpane jest w spokoju i swoistym medytacyjnym skupieniu, to zachwyt staje się jeszcze potężniejszy. Kaza to jakby brama, miejsce inicjacji, w te wszystkie monastery i miejsca wyciszenia, które buddyzm tybetański wybudował w tym himalajskim rejonie. W Kazie człowiek pozostawia za sobą zgiełk miast indyjskich, z których tutaj dojechał, i przygotowuje się na Ciszę – na wejście w samo serce buddyzmu tybetańskiego i himalajskiej tradycji medytacyjnej. I na tantrę, ów trzeci pojazd nauk Buddy, który w Tybecie od VI w. zaczął się rozwijać i przybrał miano Diamentowego Pojazdu, Wadżrajany…

20170826_114251-1

*Piotr Augustyniak, Fedon i “inna nowoczesność”. Pomiędzy filozofią a lękiem przed śmiercią (Kronos, 4/2011).

RISHIKESH_1, czyli stolica jogi tout court

20160804_143023

Pamiętam jeden poranek w aśramie Paramarth Niketan w Rishikeshu. Bardzo wyraźnie. A nawet dwa poranki, bo podobne były do siebie. Pewnie zdarzyło się ich i więcej, ale nie zwróciłam na nie uwagi – było za wcześnie, a Indie były jeszcze nazbyt głośne i nękające mój spokój. Nazbyt obce, mówiąc krótko. Drugi tydzień pobytu, czego więc się spodziewać? – tym bardziej, że ciało jeszcze nie słuchało woli, a zajęcia jogi o 6:00 rano dopiero się zaczynały.

DSCN0412

20160729_15460420160729_15461620160729_15480620160729_15482220160730_08005320160730_11362020160730_12000020160730_13032820160803_150155

6:00 rano jest idealną porą na jogę, bo wszystko dopiero budzi się do życia, jest rześkie, ciche, świat jeszcze nie zaczął swojej gonitwy, a żołądek jest na czczo – taka delikatna asceza jest energetyczna.

20160803_183148

A potem człowiek z radością biegnie do aśramowej stołówki, by jeść śniadanie i pić czaj (10 rupii, czyli jakieś 60 gr), co u mnie oznaczało – zagryzać czaj gulab jamunem (10 rupii), kocham! Niczego nie kocham po jodze (i nie po jodze) tak mocno jak jedzenie – gotowanie i konsumowanie! No dobra, kocham jeszcze filozofię (w tym muzykę) i sanskryt (hiszpański i francuski też).

20160731_075025

20160803_090718

20160804_155403

20160803_133712

Przed świtem wszystko jest lepsze! Warto więc czasem zerwać się skoro przed-świt i spojrzeć na świat i siebie z innej perspektywy. Powąchać świat o poranku, to inny zapach. Posłuchać jego odgłosów, które za dnia nie są już obecne. Pójść na jogę na czczo. Pomedytować, patrząc w głębię swojego serca i dostrzegając, co w danej chwili tam się wydarza, bo wydarza się co innego niż za dnia się objawia.

20160804_131301

20160804_150432

20160731_111719

Krowy są cudowne, trochę jak psy. Lubią być głaskane i ogólnie – traktowane z czułością.

20160802_114439

Śri Ganga-ji

Bonjour, India!

DSCN2915

Ostatni mój zapis z notatek sporządzonych w Delhi brzmiał: „w istocie nie ma żadnego guru jako osobny byt, a tylko gurutattva – rzeczywistość/przestrzeń guru”. Nie były to moje słowa, ale Przyjaciela, z którym długie rozmowy w upalne dni w Indiach prowadziłam. O jodze, o tantrze, o Bogu, wyzwoleniu, mistrzach, a nawet życiu. Na kilka godzin przed wylotem do Indii ponownie patrzę w te niedokończone zapiski i zastanawiam się nadal, na ile prawdziwy guru jest realny. Kim on/a jest, jak go/ją rozpoznać?

20170206_004647

Ktoś ponownie gra na fortepianie na lotnisku Chopina. Melodia szybka i dynamiczna. A ja doceniam wartość przyjaźni, która jest jednym ze składników jogi. Dobrzy przyjaciel to skarb, a kilku dobrych przyjaciół to skarbiec, to ochrona (chociaż Przyjaciel powiedział, że jedynym Ochroniarzem jest Śiwa, mistrz jogi). Maitri (przyjacielskość), karuna-ahinsa (współczucie-niekrzywdzenie) i dżniana (mądrość) – trzy cechy jogi – trzy schronienia dobrego jogina. „Wszystko jest możliwe, ale serio!” – tak Przyjaciel zakończył rozmowę.

20170206_055810

Da się zapakować plecak do Indii w 9,5 kg. Da się dostać super t-shirt od kumpla, który próbuje dokonać czegoś wspaniałego. Da się ponownie szukać joginów. Tym razem Mumbai i bardziej południowe niż północne Indie, choć też nie do końca…

Himalaje i ich mistrzowie

Himalaje są nie tylko siedzibą śniegu, ale od setek lat są domem jogicznej mądrości i duchowości otwartej dla milionów ludzi, niezależnie od ich wyznania i pochodzenia. – swami Rama

2

Jeszcze tylko kilka dni i kilkanaście godzin zostało do naszego wylotu w Himalaje, a dokładniej do Chota Char Dham. Lecimy do Delhi, a potem wyruszamy do Haridwaru, dosł. Brama/Drzwi (do) Hariego (przydomek Kriszny), a szerzej – brama w Himalaje. Wracamy przez Rishikesh (mapa trasy na zdjęciu poniżej). Mniej więcej wszystko jest zaplanowane – mniej więcej, bo z uwagi na ochoczo aktywną porę deszczową, jesteśmy otwarte na wszelkie modyfikacje i nieprzewidziane spotkania, które po drodze się wydarzą. Jedną z moich ulubionych tradycji filozoficznych była zawsze filozofia dialogu. Lecz nie byle jakiego dialogu, bo dialogu w pełni tego słowa znaczeniu, czyli dialogu jako sytuacji egzystencjalnej, w której Prawda ujawnia się jakby–pośrodku między rozmówcami, całkowicie otwartymi na tę rozmowę… Zresztą w tym chyba leży istota jogi – przekazie prosto z umysłu mistrza (niekiedy nawet bez medium słowa) wprost do serca ucznia pewnych treści, które transformują umysł ucznia…

Ale po kolei, wyruszamy w ten oto poniżej przedstawiony sposób, a naszymi głównymi celami są oczywiście cztery miasta Chota Char Dham, czyli: Yamunotri, Gangotri, Kedarnath i Badrinath, oraz dwie bramy ku nim prowadzące, czyli Haridvar i Rishikesh. Ten ostatni zwany światową stolicą jogi! Część trasy pokonamy autobusami, a część pieszo (albo wpław Uśmiech ):

route map (strzałki)

Uttarkhand pilgrim mapp

Niedawno skończyłam czytać świetną książkę o himalajskich mistrzach spod pióra swamiego Ramy pt. Living with the Himalayan Masters (tutaj za darmo dostępny pdf), która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasza wyprawa ma jak najbardziej duchowy sens. Przeważnie możemy spotkać się z albo turystycznymi relacjami z pobytu w Himalajach, albo materiałem przedstawiającym jedynie powierzchowną stronę jogi i praktyki hinduizmu. W tej książce, bardzo osobistym pamiętniku, swami Rama opisuje swoje doświadczenia, nauki i różne przedziwne sytuacje, których doznawał, dorastając w Himalajach i pobierając nauki u joginów pochodzących z różnorodnych tradycji ascezy, praktyki, a nawet wiary hinduskiej (i tybetańskiej). Kilka cytatów:

Istotne jest to, by uczynić swoje życie twórczym i pomocnym innym, niemniej jednak zanim się to uczyni, trzeba wejść w bliższy kontakt ze swoją głębszą naturą i zdobyć kontrolę nad własnym umysłem, mową i czynami.

Wairagja (nie-przywiązanie) i abhjasa (praktyka jogi, uważność) oto skrzydła ptaka, który z łatwością wzlatuje ponad śmiertelny świat i zdąża w stronę nieśmiertelności. Wiele osób myli jednak przywiązanie z miłością. Jednak w przywiązaniu człowiek staje się samolubny i zainteresowany jedynie własną przyjemnością, używając miłości do złych celów. Przywiązanie buduje więzy, podczas gdy miłość tworzy największa wolność. Kiedy jogin mówi o nieprzywiązywaniu się, nie uczy wtedy obojętności, przeciwnie, chce przekazać naukę o szczerej i nieegoistycznej miłości do innych. Nieprzywiązywanie się – jeśli właściwie rozumiane – oznacza właśnie miłość.

Próbuj z całych sił! Lecz jeśli kiedykolwiek uczynisz coś, by pożywić własne ego, jeśli kiedykolwiek uczynisz  w sposób egoistyczny, spotka cię niepowodzenie. Oto moja klątwa!

Obudź w sobie silne pragnienie doświadczenia Prawdy. Jednak nie żyw w sobie egoistycznie pobudki do zdobywania rzeczy dla siebie. Pokonaj gniew, smutek i przywiązanie i praktykuj regularnie medytacje. Jedynie wtedy, gdy podejmiesz się sumiennego wykonywania tych czterech rzeczy, staniesz się doskonały.

Ludzki umysł jest potężnym magikiem. Za każdym razem, gdy tylko tego zapragnie, może przybierać podwójna formę – być zarówno demonem, jak i świetlistą istotą. Może być wspaniałym przyjacielem, jak i najstraszliwszym wrogiem, tworząc zarazem niebiosa i piekła. W nieświadomej części umysłu znajdują się tendencje-dyspozycje (samskary), które muszą być odkryte, którym należy stawić czoło, by – w końcu – je przekroczyć. Jedynie wtenczas oświecenie stanie się możliwe.

Pamiętaj, że ahinsa (niekrzywdzenie nikogo w myśli, słowie i czynie) jest najważniejszą zasadą i powinnością!

Chociaż Paul Deussen, Max Müller i Johann Wolfgang von Goethe oraz kilku innych pisarzy stworzyło książki o jodze i indyjskich systemach filozoficznych, to niezrozumienie i pomieszanie nadal panuje wśród zachodnich czytelników. Przed Annie Besant i sir Johnem Woodroffem ani jedna dobra książka nie została napisana przez badacza z Zachodu… [a można powiedzieć, że i po nich nie wiele dobrych książek na temat jogi się pojawiło].

Joga jest całkowitą re-integracją wszystkich poziomów mentalnych, zmysłu, emocji, instynktów i wszystkich wymiarów osobowości. Jest to proce stawania się pełnią.

DSC_0779

Niedawno trafiłam także na niezwykle frapujący artykuł prof. Piotra Augustyniaka dotyczący nowej możliwości interpretacji duszy w platońskim Fedonie. Dzieło to obiegowo uchodzi za – ustami Sokratesa – udawadniające nieśmiertelność duszy w jej tzw. metafizycznym rozumieniu jako będącej indywidualnym, myślącym i odrębnym od otoczenia podmiotem, można powiedzieć – ukonkretnieniem uniwersalnej (zdolności do posiadania) świadomości w danym ciele. A gdyby tak, co prof. Augustyniak proponuje, spróbować na słowa i intencje Mistrza (Sokratesa) spojrzeć inaczej? – A wtenczas dusza ukazałoby siebie jako: (1) życie, które ożywia każdą istotę, czyli jest samą li tylko zasadą życia, a nie istotą żyjącą (świadomą) – indywidualnie ukonkretyzowanym podmiotem; oraz (2) jako phronesis, czyli czysty ogląd, i tutaj prof. Augustyniak podaje piękną definicję roztropności:

(…) czysty ogląd tego, co wieczne, który osiąga się przez skupienie duszy w sobie samej (sama w sobie jest bowiem tym oglądem!)

Ad rem zatem! Jak to się ma do Himalajów i jogi? Wbrew pozorom, psychologia jogi nie zakłada istnienia istoty-podmiotu, który istniałby niezależnie od otoczenia i który przechodziłby do kolejnego życia. Owszem, joga klasyczna (Jogasutry) i przedklasyczna (Bhagawadgita) głosi teorię reinkarnacji, czyli ponownych narodzin, jednak to nie konkretna osoba się odradza, a dokładnie – przywdziewa nowe ciało. Przechodzi natomiast tzw. dżiwa, a to pojęcie w sanskrycie oznacza albo życie, albo zasadę życia, albo istotę żyjącą, lecz nigdy konkretny podmiot doświadczenia. Owszem, dżiwa przenosi w sobie zapis pamięciowy i dyspozycje emocjonalne (czyli tzw. karmana), lecz uświadomienie sobie, przypomnienie, tego zapisu dla zwykłego człowieka jest relatywnie niemożliwe. Innymi słowy – tym, co przechodzi do kolejnego życia zgodnie z teorią jogi, jest sama zasada życia, która posiada w sobie odpowiedni ładunek emocjonalno-wolicjonalny, to wszystko, wszelka konkretyzacja zanika. Podobnie z ową Sokratejską roztropnością (phronesis) coś podobnego jest obecnego i w jodze – najwyższa medytacja (dhjana), wychodząca poza doświadczenie ja-indywidualnego, jest samym tylko oglądem i zanurzaniem się w tej błogości… Na razie tyle z używania słów.

I tak oto zrodziło we mnie pewne wewnętrzne rozmyślanie: co jest moim głównym jogicznym, czy też soteriologicznym**, pytaniem, z którym jadę do Chota Char Dham? Nie jest nim ani zrozumienie jogi (chociaż to jest również bardzo interesujące), nie jest nim istota wyzwolenia (mokszy, nirwany, samadhi), nie jest nawet doświadczenie piękna i ogromu Himalajów, tego świętego dla każdego jogina miejsca. W pamięci ciągle rozbrzmienia mi pytanie, które Pani Profesor Joanna Sachse (indolog i tłumacz Bhagawadgity z sanskrytu na język polski) mi kilkakrotnie zadawała: co jest tym, co się wyzwala – co w człowieku jako istocie świadomej i zniewolonej w świecie sansary dokonuje aktu wyzwolenia? Coś w joginie, ale czym to owe coś jest? – voilà la question!

DSC_0534

*Piotr Augustyniak, „Fedon i „inna nowoczesność”. Między filozofią a lękiem przed śmiercią”, Kronos („Orfeusz. Hölderlin”), 4/2011, s. 174-183.

**Soteriologia to nauka o wyzwoleniu, o tym, czym ono jest, jakimi środkami można je osiągnąć, a także kto jest tą osobą, która osiąga wyzwolenie.

Gajatri mantra – formuła doskonałości duchowej

Gayatri

Jak czytamy w Wikipedii, i to całkiem słusznie: “Mantra (dewanagari मन्त्र; od rdzenia man- myśleć, z przyrostkiem -tra wznieść lub ochraniać) – w buddyzmie, hinduizmie i ezoteryce formuła, werset lub sylaba, która jest elementem praktyki duchowej. Jej powtarzanie ma pomóc w opanowaniu umysłu, zaktywizowaniu określonej energii, uspokojeniu, oczyszczeniu go ze splamień. Szczególnie istotną sprawą jest bezpośredni przekaz z ust wykwalifikowanego nauczyciela (guru), gdyż tylko wtedy mantra uzyskuje właściwą moc.” (tu). Właściwie dobrana mantra jest bowiem darem od mistrza-guru, on to bowiem ma zdolność właściwego wyczucia stanu mentalno-emocjonalnego ucznia, początkującego jogina, i dobrania odpowiedniej formuły, by ta jak najskuteczniej pomogła w praktyce dyscyplinowania niesfornego umysłu. Ilość mantr jest właściwie nieograniczona, jednak jedna mantra, takie nawet zaklęcie, jest najsłynniejsza, najświętsza i najdoskonalsza, a jej rodowód sięga do samych początków cywilizacji wedyjskiej, czyli do samej Rigwedy, najstarszej spośród czterech Wed, świętych objawionych pism hinduizmu. W Rigwedzie III.62.10 pojawia się piękna Gajatri Mantra, czyli formuła-prośba o oświecającą moc boga Sawitara, boga Słońca i blasku poznania (na górnym obrazku zapisana w dewanagari):

Gayatri2

Poza pierwszym wersem, który stanowi magiczną formułę, wyznaczającą absolutną moc mantry (jej panowanie we wszystkich trzech światach, trzech czasach, trzech stanach świadomości…), w tłumaczeniu na język polski możemy przełożyć ją na przykład tak:

Om bhur bhuwah swah, obyśmy otrzymali  najcudowniejsze światło (blask) tego boskiego Sawitara; niech on naszą myśl (umysł) pobudza!

Mantra ta od tysięcy lat powtarzana jest codziennie podczas rytuałów, zwłaszcza tych, które rozpoczynają dzień. Ma ona na celu pobudzić umysł i uzyskać boską łaskę oświecenia, poznania i mądrości, które kierują myśl ku właściwym celom i czynom. Gajatri to nazwa metrum, w jakim zapisano tę mantrę. Uważa się, że została ona objawiona przewspaniałemu Wiśwamitrze, kapłanowi bogów.

Sawitar jako bóstwo słoneczne, odpędzające mroki i niebezpieczeństwa nocy, strzeże ludzi przed mrokami niewiedzy i różnymi niebezpiecznymi istotami. Udziela on bowiem swojego blasku i mocy panowania nad niebezpieczeństwami, także tymi w formie destrukcyjnych myśli i emocji, tzw. truciznami mentalnymi: gniew, zawiść, rozpacz, lenistwo, głupota, duma…

Starożytna nauka leśna i jaśminowa herbata

kwiat

Kilka dni temu ponownie wpadł w moje ręce, tym razem jednak w oryginale (w sanskrycie), bardzo krótki fragment pewnego starożytnego dzieła o tajemnych pouczeniach (upaniszadach), które uczeń otrzymywał od mistrza w leśnej pustelni, podczas leśnej praktyki. Dlaczego leśnej? – bo las w Indiach był doskonałym, naturalnym, pełnym duchowej obecności i uspokajającej energii miejscem medytacyjnej praktyki.

Wielkie Ja, złożone z umysłu, przebywa między oddechami.

Jest to fragment Brihadaranjaka Upaniszady, czyli Wielkiej Upaniszady Leśnej, który wyjaśnia, czym jest to <<ja>>, które przekracza ograniczenia cielesne i przestaje się być identyfikowane z tym, co czego doświadcza się poprzez zmysły. To <<ja>> jest niezwykle subtelnym poziomem świadomości (bo joga w wielkiej mierze to nauka o stopniach świadomości), w którym człowiek przestaje identyfikować siebie z ciałem, a staje się doświadczeniem czegoś znacznie szerszego, doskonalszego, naturalniejszego i bardziej spontanicznego, swobodniejszego, czegoś, co…. znajduje się między oddechami. To <<ja>> obecne jest w tej bez-czynności, bezruchu między jednym oddechem a drugim, w zatrzymaniu świadomości między wdechem a wydechem, w tej nieruchomej ciszy i błogim spokoju…

Pewien uczeń, a zarazem naukowiec, próbował zrozumieć kiedyś Naturę, zrozumieć świat, ale nawet herbaty nie umiał wypić w spokoju. Mistrz nalał mi jednak czarkę dobrej chińskiej zielonej herbaty, parzonej w długim rytuale, spowitym zapachem jaśminu. Jednak tak długo lał i lał, że herbata zaczęła się wylewać. Uczeń spytał, dlaczego mistrz tak robi, przecież to nie ma sensu?!

Aby umysł mógł poznać nowe, najpierw musi pozbyć się starych nawyków i przekonań.

Jaśminowa, długo parzona zielona herbata, w spokojnej i błogiej przestrzeni między oddechami spożywana… Może być też kawa… arabska, chai indyjski i sencha japońska… Najlepiej o poranku, przy śpiewie ptaków.

Udżdżaji pranajama, czyli oddech zwycięzcy

linga

Każda z pranajam ma jakąś sobie właściwą cechę, która sprawia, że pranajama jest unikatowa i daje inne cielesne doświadczenie. Duchowe na pewno też. Nazwa tej pranajamy wzięła się z faktu, że podczas jej wykonywania niczym u zwycięskiego wojownika wnosi się i napina klatka piersiowa. Jednak to nie wszystko, ponieważ jej praktyka wymaga specyficznego ułożenia głośni – lekkiego jej zwężenia – podczas wdechu i wydechu, bo skutecznie pozwala kontrolować powietrze napływające przez nozdrza oraz wypływające z brzucha (przepony). Poza oczyszczającym zatoki, dotleniających mózg oraz uspokajającym umysł (serce) wpływem udżdżaji pranajama poprawia zdolności foniczne (głosowe), jest zatem doskonała dla wszelkiej maści mówców, którzy chcą panować nad siłą, głośnością oraz natężeniem głosu.

Oddech udżdżaji jest charakterystycznym ustawieniem krtani: delikatnie ściśnij krtań, tak by powietrze mogło przepływać, ale w lekko utrudniony sposób – wdech i wydech są słyszalne. Takie ustawienie krtani, lekko zaciśniętej, używane jest we wszystkich typach udżdżaji pranajamy. Kontrola powietrza poprzez zwężenie krtani pozwala na wydłużenie wdechu oraz wydechu, ponieważ powietrze nie dostaje się i nie ulatuje z płuc w sposób niekontrolowany i nazbyt szybki.

Ranjit Sen Gupta udżdżaji pranajamę dzieli na 5 grup: bez kontroli nozdrzy, oddech naprzemienny, anuloma, pratiloma oraz wiloma. W skrótowy sposób można przedstawić jest tak, że:

anuloma: wdech udżdżaji, wydech naprzemiennie lewym lub prawym nozdrzem

wiloma: wdech naprzemiennie lewym lub prawym nozdrzem, wydech udżdżaji

pratiloma: wdech udżdżaji – lewy wydech – lewy wdech – wydech udżdżaji – wdech udżdżaji – prawy wydech – prawy wdech – wydech udżdżaji (może wydawać się to skomplikowane, ale przetestowanie na własnym nosi pokazuje, że jest zupełnie proste: przeplatania oddechu lewym i prawym nozdrzem przez oddech udżdżaji)

Tutaj opisane są udżdżaji pranajamy wszystkie poza wiloma pranajamą:

Udżdżaji pranajama bez kontroli nozdrzy

W tej odmianie oddechu zwycięzcy wdychane i wydychane powietrze przechodzi przez oba nozdrza bez potrzeby zatykanie palcami (głównie prana mudra) lewego lub prawego nozdrza. Tę pranajamę można stosować ze wstrzymaniem oddechu, kumbhaką, lub bez niego.

Bez kumbhaki:

Przybierz wygodną pozycję siedzącą ze skrzyżowanymi nogami i wyprostowanym kręgosłupem. Przez chwilę oddychaj spokojnie, wyciszając powoli umysł, skupiając się na oddechu oraz po prostu byciu tu i teraz. Zastosuj prana mudrę (palec serdeczny i wskazujący kładziemy na czole, kciuk przy prawym nozdrzu, a palec serdeczny i mały na lewym). Zrób spokojny wydłużony wydech oraz ustaw krtań do oddechu udżdżaji. Nabieraj spokojnie powietrze poprzez oba nozdrza aż do maksimum, a następnie wypuść powietrze lewym nozdrzem.

Z kumbhaką

Podobnie jak powyżej, tyle że po wdechu zatrzymaj oddech na tak długo, jak umiesz, następnie wypuść powietrze lewym nozdrzem.

Oddech naprzemienny

Nazwa oddechu pochodzi z naprzemiennych różnych form oddechu, i dzieli się ta technika na 3 rodzaje wszystkie przy prana mudrze:

– sekwencja lewy wdech (6 sek.) – lewy wydech (12 sek.) wykonywana 15 razy, a następnie sekwencja prawy wdech – prawy wydech wykonywana również 15 razy

– lewy wdech (6 sek.) – prawy wydech (12 sek.) – prawy wdech (6 sek.) – lewy wydech (12 sek.) – 15 powtórzeń

– lewy wdech (6 sek.) – wstrzymanie oddechu (12 sek.) – prawy wydech (12 sek.) – prawy wdech (6 sek.) – wstrzymanie oddechu (12 sek.) – lewy wydech (12 sek.) – 15 powtórzeń

Anuloma pranajama

Anuloma charakteryzuje się wdechem udżdżaji oraz wydechem naprzemiennie przez lewe lub prawe nozdrze. Tutaj opisane są dwa rodzaje anulomy:

– wdech i wydech: wydech udżdżaji przez oba nozdrza (12 sek.), wdech przez oba nozdrza (6 sek.) i rozpoczęcie anulomy – lewy wydech (12 sek.), wdech udżdżaji (6 sek.), prawy wydech (12 sek.) – 15 powtórzeń

– ze wstrzymaniem oddechu: głęboki wydech oraz głęboki wdech (6 sek.), wstrzymanie oddechu (12 sek.), wydech (12 sek.), wdech (6 sek.), wstrzymanie oddechu (12 sek.), lewy wydech (12 sek.), wstrzymanie oddechu (6 sek.), wdech przez oba nozdrza (6 sek.), wstrzymanie oddechu (12 sek.), prawy wydech (12 sek.), wstrzymanie oddechu (6 sek.)

Pratiloma pranajama

Można powiedzieć, że pratiloma jest odwrotnością anulomy, poniżej opisane są 3 jej rodzaje:

– bez wstrzymania oddechu: – wdech LP (12 sek.) – wydech LP (6 sek.)  – wdech P (12 sek.)  – wydech LP (6 sek.)  – wdech L (12 sek.) – wydech LP (6 sek.)  -> 5 cykli

– ze wstrzymaniem oddechu po wdechu (wewnętrzna kumbhaka): wdech LP (12 sek.) – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) – wdech P (12 sek.) – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) – wdech L (12 sek.)  – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) –> 5 cykli

– ze wstrzymaniem oddechu po wdechu i po wydechu (zewnętrzna kumbhaka): – wdech LP (12 sek.) – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) – wstrzymanie (6 sek.) – wdech P (12 sek.) – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) – wstrzymanie (6 sek.) – wdech L (12 sek.) – wstrzymanie (12 sek.) – wydech LP (6 sek.) – wstrzymanie (6 sek.) –> 5 cykli

Pranajama to największy sekret jogi.

Kapalabhati i bhramari pranajama

udaipur

Oddech blasku głowy (kapalabhati, कपालभाती) oraz pszczoły (bharamari, भ्रमरी) są kolejnymi dwiema pranajamami przeznaczonymi dla bardziej zaawansowanych joginów, ale także u początkujących adeptów pranajamy mogą one spowodować bardzo przyjemne i niecodzienne doświadczenie czystości i jasności umysłu, a nawet błogości na poziomie czoła (adźnia czakra). Ich trudność nie polega na technice wykonywania poszczególnych sekwencji, ale wytrzymałości organizmu, którą trzeba stopniowo wykształcać. Niemniej jednak należy pamiętać, że jeśli w trakcie ich wykonywania, głównie przy kapalabhati, pojawią się nieprzyjemny wrażenia fizyczne, pranajamę należy od razu przerwać.

Kapalabhati, czyli blask i jasność głowy

Kapalabhati w HathaJogaPradipice, klasycznym podręczniku praktyki jogicznej, zaliczana jest do 6 oczyszczających sekretnych czynności (szatkarma), z tego względu istnieją zdania, że nie jest ona pranajamą. Jednak nic przecież nie stoi na przeszkodzie temu, by pranajamę uznać ze technikę oczyszczającą, czym w swej istocie przecież jest… W skutek pranajamy oczyszczeniu ulegają przecież drogi oddechowe, nozdrza, a przede wszystkim umysł. Pozostałymi 5 oczyszczającymi technikami są (HJP 2.23-2.35): neti (नेटी fizyczne oczyszczanie nosa specjalnie przygotowaną słona wodą lub innymi sposobami), dhauti (धौती oczyszczanie ciała, głównie przewodu pokarmowego), nauli (नौली oczyszczanie jelit itp.), basti (बस्ति oczyszczenie okrężnicy) i trataka (त्राटक skoncentrowane spojrzenie/wzrok na jednym przedmiocie, np. blasku świecy). Kapalabhati nieco przypomina bhastrika pranajamę (bardzo energiczne wydechy i wdechy). Według Ranjita Sen Gupty kapalabhati stanowi przygotowanie do bhastriki.

Kapalabhati wpływa korzystnie na drożność dróg oddechowych, wzmacnia mięśnie przepony (jest więc doskonała dla mówców i tych osób, które pracują z głosem), pobudza narządy brzuszne, a także umożliwia swobodny przepływ energii życiowej… Wzmacnia energię splotu słonecznego (manipura czakra).

Metoda wykonywania kapalabhati nie jest skomplikowana i stanowi doskonałe przygotowanie płuc i nozdrzy do bardziej zaawansowanych pranajam. Aktywną rolę odgrywa energiczny wydech (rećaka) poprzez oba nozdrza, wykonywany dolną partią brzucha przez gwałtowne skurczenie jego mięśni; wdech (puraka) jest pasywny, długi i powolny, służy do poluzowania mięśni brzucha. W każdej z 3 serii wykonuje się 10-15 wyrzutów. Z biegiem praktyki zwiększa się liczbę serii (do 10) i wyrzutów (nawet do 100).

Bhramari, czyli bzyczenie pszczoły

Swami Siwananda zapewnia, że sumienne wykonywanie tej pranajamy zapewnia osiągnięcie samadhi w dość szybkim tempie. Jest to spowodowane tym, że wstrzymanie oddechu (kumbhaka) po wdechu (a niektórzy zalecają po wydechu) w bhramari nie jest regulowana czasem, a zależy od możliwości jogina. Długość kumbhaki jest właśnie tym, co zbliża jogina do samadhi: im dłuższa kumbhaka, tym lepsze panowanie nad oddechem, a co za tym idzie…

Wdech dokonywany jest metodą udżdżaji, czyli przy zwężonej krtani, a przy wydechu jogin wydobywa z siebie dźwięk przypominający brzęczenie pszczoły, najlepiej zbliżony do świętej sylaby OM, czyli pranawy. Szanmukhi mudra jest tutaj zalecana: 6-cio twarzowa mudra ma na celu zamknięcie palcami 6 otworów głowy: kciukami – zatkanie uszu, palcami serdecznymi – przymknięcie nozdrzy, wskazującymi i środkowymi palcami – zakrycie oczu oraz małymi palcami – zakrycie ust. Ważne jest tutaj, by nie dociskać palców na oczach czy nozdrzach.

Technika bhramari jest bardzo łatwa. Należy usiąść w wygodnej (i stałej) asanie i wykonać szanmukhi mudrę. Następnie zrobić głęboki i spokojny wdech (puraka) przez oba nozdrza, trwający 6-10 sekund, oraz wydech (reczaka) także przez oba nozdrza, trwający 12-20 sekund, wydając zarazem dźwięk przypominający brzęczenie lub OM. Powtarzamy 10-15 serii.

W bhramari pranajamie najważniejsza jest koncentracja uwagi na wydawanym dźwięku oraz możliwych efektach świetlnych, które mogą pojawić się wskutek delikatnego ucisku palcami wskazującymi i środkowymi na oczy. To odcięcie uwagi z zewnętrznych zmysłów jest w stanie wprowadzić bardzo szybko w stan medytacji.